logoXXXX Międzynarodowy Rejs Przyjaźni PTTK

„Odra 2019–rzeka, która łączy”

z patronatem honorowym

Prezesa Państwowego Gospodarstwa Wodnego „Wody Polskie”

Odrzańskie reminiscencje.

Rejs rozpoczął się w dniu 21.06 19 r. w Marinie Gliwice, gdzie wspaniała pogoda, sprawność i doświadczenie dźwigowego pozwoliła nam na szybkie i bezpieczne rozładowanie łodzi oraz wstępny klar na jachtach związany również z podniesieniem na każdej jednostce bandery żeglarzy PTTK i Państwowego Gospodarstwa Wodnego Wody Polskie.

1

Subiektywna relacja z

XXXIX Rodzinnego Rejsu

Żeglarsko - Motorowodnego PTTK

„Szlakami Pamięci 1918-2018, Wielka Pętla Wielkopolski”

   Moje wyobrażenia o pływaniu po polskich rzekach, pomimo wieloletniego doświadczenia, po tegorocznym rejsie uległy sporemu przewartościowaniu i to nie tylko od jej technicznej strony.

Zeszłoroczny rejs po Wiśle, a raczej niebieskiej kresce na mapie, gdyż od ujścia Przemszy do Wisły, czyli tzw. „km O” do Warszawy, więcej pchaliśmy łodzie niż płynęliśmy. Na tym odcinku był to zdecydowanie rejs pieszo-żeglarski.

  Tegoroczny rejs „Szlakami Pamięci” upamiętniający 100 lecie odzyskania Niepodległości i zwycięskiego Powstania Wielkopolskiego, miał być z założenia imprezą łatwiejszą, przyjemniejszą i promocyjną dla tego szlaku, z bardzo licznym udziałem załóg z całej Polski. Miał odbywać się pod honorowym patronatem Prezesów Wielkopolskiej Organizacji Turystycznej i Związku Miast i Gmin Nadnoteckich.

   Kilkumiesięczne przygotowania organizacyjne, uzgodnienia z władzami samorządowymi na trasie rejsu, gestorami przystani, gospodarzami historycznych i przyrodniczych atrakcji zakończyły się już w maju. Ale czym bliżej terminu rozpoczęcia rejsu, tym większe miałem obawy o realizację przygotowanego harmonogramu. Nietypowa, bardzo ciepła pogoda już od końca kwietnia, miała ogromny wpływ na poziom wody w rzekach. Nie obawiałem się w zasadzie, skanalizowanej przez kilkanaście śluz Noteci, a wolno płynącej Warty. I w jednym i w drugim przypadku moje obawy przybrały bardzo czarne barwy.

  W miarę zbliżania się daty rozpoczęcia rejsu w Ślesinie, ze względu na zbyt duże zanurzenie jednostek ubywało mi załóg chcących wziąć udział w imprezie. Każdy dzień to 2-3, 5 cm mniej wody w Warcie i nawet telefony do RZGW w Poznaniu, zarządcy zbiornika retencyjnego w Jeziorsku, w początkowym jej biegu, nie wiele dawały. Wody ubywa i nie ma, co dopuścić do rzeki. Szybka analiza miejsc, gdzie można jeszcze rozpocząć rejs, nie napawa mnie optymistycznie, nie jest dobrze. Mój stres zaczyna narastać. Sprawdzając już codziennie stany wody na wodowskazie Morzysław musiałem przygotować plan „B” a nawet „C” nowego miejsca rozpoczęcia rejsu. Zgodnie z ustalonym harmonogramem rejsu, następnym po Ślesinie miejscem postoju jest Konin, dalej Ląd, Nowe Miasto nad Wartą i Śrem.

  Ślesin to doskonałe miejsce, położone nad jez. Ślesińskim i Mikorzyńskim, na trasie kanału Gopło-Warta, z łatwym dojazdem z każdej strony Polski. Dobrze zagospodarowana przystań ze stacjonarnym dźwigiem, a umiejętności i wiedza bosmanów to gwarancja szybkiego rozładunku łodzi i ich ustawienie w mocno zapchanej Marinie. Niestety zaraz po śluzie Morzysław wypływa się na Wartę, rzekę w tym miejscu jeszcze płytką, a przede wszystkim kamienistą. Pływanie w takim miejscu na silnikach to wielka ruletka, a miejscami horror.

Konin natomiast nie ma miejsca do wyslipowanie łodzi, Ląd to samo. Dopiero na terenie prywatnej Mariny Pod Czarnym Bocianem w Nowym Mieście jest porządny betonowy slip, ale dalej w rzece może być mało wody. Plan „C” to Śrem, nie zbyt wygodnie, tylko slipowanie z przyczep, ale przynajmniej dno już w miarę piaszczyste.

Teoretycznie, czym dalej od źródeł rzeki tym wody powinno być więcej, czyli to, na co liczymy. Nic bardziej mylnego, czego dowodem był tegoroczny rejs.

  Odpowiedzialność za uczestników i ich sprzęt (jakże łatwo coś urwać lub rozbić) robi swoje, jeszcze nigdy organizując nawet liczniejsze rejsy, nie byłem tak zestresowany jak teraz. Nie chcąc niepotrzebnie przekazywać złych wieści uczestnikom rejsu, sam muszę podjąć decyzje. Wpływ na ostateczne rozstrzygniecie dotyczące miejsca rozpoczęcia rejsu miała obiecana pomoc ze strony RZGW Poznań. Dopuszczą nam ze zbiornika w Jeziorsku kilka cm wody, na czas naszego płynięcia pomiędzy Koninem a Lądem. Dla łodzi płaskodennych to dużo, bo choć wydaje się to śmieszne, to może się liczyć każdy centymetr zanurzenia. Dodatkowo poprosiłem załogi, aby ograniczyły na te pierwsze dwa, trzy odcinki ilość wody i paliwa w zbiornikach.

  W dniu 23 czerwca w godzinach rannych wszyscy rejsowicze meldują się w Ślesinie i po bardzo sprawnej akcji wodowania łodzi gotowi są na rozpoczęcie rejsu. Przy udziale burmistrza i władz miasta Ślesin, zaproszonych gości, na czele z przedstawicielami patronów honorowych rejsu, załóg, które ze względu na zbyt duże zanurzenie własnych jednostek nie mogą wsiąść udziału w rejsie (potem się okazało, że cztery jednostki płynąc Notecią czekały na nasze spotkanie w Gorzowie Wielkopolskim), wręczone zostają uczestnikom rejsu imienne certyfikaty jego rozpoczęcia oraz pamiątkowe statuetki ufundowane przez władze miasta.  

rejs20181  

Wieczorem, aby świętować Noc Kupały wypływamy dwoma łodziami na jezioro, puszczamy wianki, zapalamy pochodnie i w znakomitych humorach wracamy na przystań.

rejs20182

  „Prawdziwy” rejs naprawdę zaczyna się w dniu następnym od krótkiej odprawy sterników. Piętnaście łodzi, w tym jedna załoga z Ukrainy i jedna z mieszana załogą polsko-niemiecką, ustawiają się w szyku marszowym, szybko pokonują jez. Ślesińskie, potem jez. Pątnowskie by zgłosić się na dwie śluzy w Pątnowie  i Morzysławiu oddzielające nas od Warty.

  Pierwsze ustawienie łodzi w śluzie zajmuje nam trochę czasu, ale szybkie poznanie zasad panujących podczas śluzowania, zdecydowanie skraca czas przebywania w komorze już następnej śluzy. Potem wyjście na Wartę i natychmiastowe zetknięcie się z prądem, piachem i kamieniami. Cumowanie przy Konińskich Bulwarach jest bardziej umowne niż faktyczne, stoimy przy piaszczystym brzegu pomiędzy dwoma mostami, gdyż do samych bulwarów nie da się dopłynąć. Tak ktoś je zaprojektował i ktoś wydał zgodę na ich budowę. Do sanitariatów daleko i jak to często bywa zamknięte w godz.22.00-7.00. Życzę dużo samozaparcia wodniakom chcący skorzystać z takiego udogodnienia. Szkoda, bo miasto jest ładne i warte zatrzymania się na dłużej niż chwila. Te niedogodności zrekompensowała nam możliwość zwiedzenia miasta z przewodnikiem.

 rejs20182

  Najbardziej obawiałem się, znając z poprzednich rejsów, bardzo kamienistego odcinka do Lądu. W tym roku okazał się trudny i uciążliwy, ale na szczęście do przepłynięcia. Kilka łodzi, po raz pierwszy biorący udział w rzecznym rejsie, musiało przejść przyspieszony kurs „czytania” rzeki, szukania nurtu, poznawania możliwości własnych łodzi oraz technik zejścia z mielizn i kamiennych raf oraz przyswoić sobie umiejętności ich wykorzystania. Niezmiernie ważna w tym przypadku była również zdolność wzajemnej współpracy i pomocy.

  Po przypłynięciu do Mariny Ląd – jednej z pierwszych nagrodzonych w konkursie „Nagroda Przyjaznego Brzegu”, spotykamy jej właściciela - Mirosława Słowińskiego, współautora obok Grzegorza Nadolnego doskonale opracowanej i wydanej locji „Wielka Pętla Wielkopolski”, wydanej w 2007 r. Długo rozmawiamy o tym, co się zmieniło ostatnimi czasy na Warcie, jakie są zagrożenia dla dalszego rozwoju, jak pomocna jest administracja wodna. Wnioski nie są aż tak optymistyczne jakby się mogło wydawać przy pierwszej ocenie. Z jednej strony powstało kilka, różnej wielkości prywatnych przystani, gdzie można zacumować, odpocząć, zrobić ekologiczne zakupy, dalej, kilka nadwarciańskich stowarzyszeń wodnych chce budować lub rozbudowuje swoje nadrzeczne siedziby, coraz liczniejsze samorządy zauważają, że mają „swoją” wodę. Z drugiej strony zawirowania prawne, zagmatwane przepisy, nie do końca zrozumiałe, bo nieprzemyślane decyzje w sprawie podatków i innych pochodnych opłat mogą zniechęcić lub wręcz zablokować pomysły największych entuzjastów turystyki wodnej. Wydawało się, że wreszcie przerwany został zaczarowany krąg niemocy, nikt nie pływa, bo nie ma gdzie zacumować, nikt nie buduje, bo nikt nie pływał. Banał, ale zaczynający działać w druga stronę.

  Jeszcze inna rzecz dająca się zauważyć, zbyt duży hurraoptymist przy projektowaniu przyszłych przystani. Za duże, często bez należytego zabezpieczenia przed zmiennymi stanami wody, z przerośniętymi zapleczami socjalnymi i technicznymi, a przede wszystkim bez konkretnego wykorzystania poza sezonem letnim, czyli wiecznie deficytowe. Wydaje się, że nikt nie zadaje sobie trudu skonsultowania swoich pomysłów z wodniakami i nie mówię tu o miejscowych lobbystach. Projektant zaprojektuje jak zażyczy sobie inwestor, a potem się okazuje, że slip to prawie skocznia narciarska, dźwig jest za niski albo nie sięga do wody przy niższych jej stanach, na nabrzeżach nie ma polerów cumowniczych, gdzie indziej ktoś zaprojektował kabinę prysznicową razem z WC. Potem jest ubaw po pachy, osobiście znam niestety takie przykłady. Pieniądze to nie wszystko, trzeba je jeszcze mądrze spożytkować.

  W Lądzie witamy, równolegle z nami płynących w swoim rejsie na 80 metrowej tratwie, flisaków z Ulanowa nad Sanem. Jeszcze kilka razy podczas postojów w nadwarciańskich miejscowościach będziemy się spotykać i wymieniać wrażenia z przebytej trasy.

  Clou wieczornej biesiady w Lądzie był wielgachny, pieczony prosiak serwowany przez Panią Gosię, który wywołał ogromne zainteresowanie uczestników rejsu  i szybko znikł z brytfanny, dosłownie wyssany do ostatniej kostki.

 rejs20182

  Odcinek do Nowego Miasta nad Wartą raczej bez żadnych przygód, nawigację zdecydowanie ułatwiało nam nowe oznakowanie szlaku ustawione specjalnie przed naszym rejsem przez RZGW Poznań. W tym miejscu szczególne podziękowania dla zarządców polskich wód, którym nie często zdarza mi się dziękować za cokolwiek.

  Droga do Śremu, która miała z założenia być tylko formalnością okazała się istnym horrorem. Tak płytko, z niezliczonymi łachami i uciekającym od jednego brzegu na drugi nurtem jeszcze w tym rejsie nie było. Co kilkaset, niekiedy, co kilkadziesiąt metrów przycieramy łodziami po piaszczystym dnie lub podskakujemy na kamiennych rafach. O ile jednostki mieczowe mają jeszcze ułatwione zadanie, o tyle łodzie posiadające falszkil lub zabudowane silniki zaburtowe muszą się wykazać ogromnym kunsztem żeglarskim i mieć dużą dozę szczęścia. Wyciągamy się linami wiele razy z piaszczystych lub kamiennych pułapek.

Z dużym niedoczasem cumujemy częściowo w Marinie Stowarzyszenia Wodniacy Śrem, częściowo z braku miejsc na nurcie.

rejs20182 

  Kolejny dzień to biwak w Puszczykówku i choć brak tu najprostszej infrastruktury brzegowej, obowiązkowe zwiedzanie Muzeum A. Fiedlera w pełni rekompensuje wszystkie niedogodności. A muzeum i jego olbrzymia różnorodność i obszerność zbiorów to inna historia na długą opowieść.

  Do tej pory pogoda nam sprzyja, jest ciepło z drobnymi, krótkotrwałymi opadami mżawki niż deszczu i prawie bezwietrznie. Zmienia się to w Poznaniu, robi się niesamowicie zimno (wieczorem wszyscy na łodziach się dogrzewamy) i bardzo wietrznie. Przewidziana na piątkowy wieczór parada jednostek i różnych pływadeł daje się nam mocno we znaki. Zimny i silny, wiejący od tyłu wiatr na rzece, przedłużająca się oficjalna część uroczystości powoduje spore zamieszanie wśród oczekujacych na wodzie jednostek. Na szczęście nikomu z uczestników parady nic się nie staje, ale dopiero po godz. 23.00 cumujemy ponownie w Starym Porcie na Garbarach.

 rejs20182

 rejs20182

  Tutaj ponownie mała dygresja, jeszcze raz potwierdza się moja wieloletnia obserwacja z rejsów. W żadnym z największych Polskich miast zlokalizowanych nad rzekami nie ma z prawdziwego zdarzenia przystani dla turystów wodnych, pływających czymś większym niż kajaki. Przykłady?: Kraków - istna pustynia, Warszawa - Kanał Czerniakowski, ze stale zamulonym wejściem i wiecznie zajętymi miejscami przez rezydentów, w większości to jednostki służące do wędkowania, Poznań to samo, ale w mniejszej skali. Bydgoszcz – kilka miejsc z toaletami               w pobliskim hotelu. Nie wspomnę o jakiejkolwiek dedykowanej infrastrukturze brzegowej, nie warto, bo jej nie ma. Marudzę- może?.

  Dwa dni pobytu w Poznaniu na pewno zapamiętamy z dwóch rzeczy; zimnej  i wietrznej pogody oraz uroczystości złożenia kwiatów i zniczy przy Pomniku Powstańców Wielkopolskich. Chcieliśmy w ten sposób oddać cześć uczestnikom jedynego zwycięskiego powstania i uczcić 100 lecie odzyskania Niepodległości przez Polskę. Uroczystość, pomimo, że bardzo symboliczna była wzruszająca i skłoniła do refleksji na temat wolności, równego traktowania wszystkich obywateli, przestrzegania prawa i konstytucji. Długo jeszcze po powrocie do Portu dyskutowaliśmy nad tymi fundamentalnymi prawami i skutkami ich nie przestrzegania lub interpretacji wyłącznie dla własnych potrzeb.

 rejs20182 rejs20182

  W Obornikach zostaliśmy bardzo gościnnie przyjęci przez władze miasta i przedstawicieli bardzo prężnie działającego Stowarzyszenia „Aplaga”, po zimnych poznańskich dniach z przyjemnością skorzystaliśmy z możliwości wygrzania się w basenach Centrum Rekreacji Oborniki. Z ogromnym zaciekawieniem oglądałem wizualizację i wsłuchiwałem się w przekazywane szczegóły budowy przyszłej Mariny mającej powstać na wysokim brzegu, tuż przy moście drogowym. Zdaję sobie sprawę, że wiara i zapał potrafią przenosić góry, ale do tego potrzebne jest jeszcze „paliwo”, na które przy tak rozbudowanych planach po prostu może zabraknąć pieniędzy. Nie chciałbym takimi ocenami nikogo zniechęcać, bo miejsce jest ładnie położone i ilość różnorakich imprez, które tam się odbywają jest ogromna i godna pozazdroszczenia, wydaje się jednak, że modułowa budowa przewidzianej infrastruktury będzie bezpieczniejsza od strony finansowej i dawać będzie jeszcze możliwości pewnych zmian w zależności od faktycznych potrzeb. Generalnie jestem pełen podziwu dla pasji członków stowarzyszenia, władz miasta oraz obornickich wodniaków i ich umiejętności wzajemnego się dogadywania i życzyłbym sobie, aby podczas następnego rejsu Wielką Pętlą Wielkopolski móc gościć już w Obornickiej Marinie.

  Ciekawe i pouczające przeżycie doświadczyliśmy w Zakładzie Karnym we Wronkach, kiedy po dłuższych staraniach udało nam się uzyskać zgodę na jego zwiedzenie. W związku, że jest to zakład o obostrzonych przepisach bezpieczeństwa przeszliśmy rozbudowaną procedurę sprawdzania danych osobowych i kontroli osobistej. Ja jednak w swoich pismach do władz Zakładu Karnego od samego początku zastrzegłem sobie opcje zwiedzania –„wejście-wyjście”, tego samego dnia!.

Niesamowite wrażenie robią, co chwila zamykające się za nami kraty, przy braku otwarcia jeszcze tych z przodu. Momentami aż ciarki przechodziły nam po plecach, zwłaszcza, kiedy mieliśmy możliwość zobaczenia centrum dowodzenia i bezpieczeństwa, wyposażonego w mnóstwo monitorów, wiszącego pośrodku przecięcia ramion krzyża uformowanego z więziennych budynków. Warto, do jednorazowego, krótkiego zwiedzenia.

  Drugą część dnia spędziliśmy na bardzo zażartym turnieju bowlingowym, rywalizując o Puchar Burmistrza Wronek, w kategorii męskiej i żeńskiej. Po dwóch godzina turlania zostali wyłonieni zwycięzcy, choć techniki rzutu kulą jakże były inne w wykonaniu pań i panów. Gwoli sprawiedliwości, Panie osiągnęły zdecydowanie lepszy rezultat punktowy niż Panowie.

Wspólne wieczorne ognisko z wroneckimi wodniakami i śpiewy przy akompaniamencie akordeonu, długo jeszcze niosły się po warciańskiej wodzie.

 rejs20182

  Długie i straszliwie zamulone starorzecze międzychodzkiego Starego Portu, to obraz, jaki mi tkwił w pamięci z poprzedniego rejsu po Pętli Wielkopolskiej z 2011 roku. Obecnie, szerokie wejście do zatoki, ładnie przygotowane nabrzeże z pomostami, wodą i energia elektryczną w rozdzielkach, to najlepszy przykład jak z zapuszczonego miejsca można stworzyć przyjazną dla wszystkich wodniakom przystań. Niezmiernie ważnym w takim przedsięwzięciu jest gospodarz miejsca i jego wizja działania, wiedza i zaangażowanie. Wydaje się, że wszystkie te przesłanki w całości spełnia Międzychodzkie Towarzystwo Turystyki i Sportów Wodnych.

 rejs20182

Międzychód, który mieliśmy okazję zwiedzić z przewodnikiem okazał się pełen tajemnic i miejsc związanych z historia Polskiego żeglarstwa. Tutaj urodziła się Teresa Remiszewska, uczestniczka Transatlantyckich Regatach Samotnych Żeglarzy OSTAR’72, Pierwsza Dama Bałtyku. Również w Międzychodzie Powstanie Wielkopolskie odcisnęło swoje piętno i pozostało w pamięci mieszkańców. Tutaj też żegnamy naszych przyjaciół z Ukrainy, których nieplanowane obowiązki zawodowe zmuszają do wcześniejszego powrotu do kraju oraz załogę „Blądi 2”, która dalsze swe peregrynacje wodne postanowiła odbyć po Zalewie Szczecińskim.

  Długi czasowo i kilometrowo odcinek rejsu do Gorzowa Wielkopolskiego przebyliśmy bez specjalnych atrakcji. Warta już jest w tym miejscu na tyle szeroka i niesie tyle wody, że nawet łodzie o większym zanurzeniu nie mają już żadnych trudności z płynięciem. Dodatkowo woda z Noteci łącząca się w Santoku z Wartą daje dodatkowy komfort żeglugi. Ostatnie 12 km do gorzowskich bulwarów to przegląd nowoczesnej architektury mijanych na prawym brzegu posiadłości. Sam Gorzów Wielkopolski, choć formalnie nie wchodzący w skład Wielkiej Pętli Wielkopolskiej, już z oddalenia prezentuje się bardzo okazale. Pięknie wyglądające Bulwary, choć jeszcze w przebudowie, dają nadzieję na bezpieczne i wygodne cumowanie. Cóż bardziej mylnego. Przy ich budowie ktoś zapomniał zabezpieczyć ostre, betonowe nabrzeże choćby najprostszą drewnianą okładziną. Wykładamy na burty wszystkie obijacze, ale niski stan wody i szybko pływające motorówki i skutery, których właściciele sa zainteresowani, skąd nagle w Gorzowie wzięła się tak duża flotylla jednostek (czekają już na nas cztery jednostki, których armatorzy prawie dwa tygodnie wcześniej uczestniczyli w rozpoczęciu rejsu), nie ułatwia nam odpoczynku              i wymusza ciągłe monitorowanie pozycji obijaczy. Następna niespodzianka zgotowana wodniakom przez władze miejskie to zupełny brak w pobliżu toalet (sic!).

  Niezrozumiałe dla mnie było tłumaczenie odwiedzającego nas w dniu następnym Przewodniczącego Rady Miasta, że Bulwar jest w modernizacji, toalety są oczywiście przewidziane, ale ich otwarcie nastąpi dopiero po zakończeniu remontu, czyli w przyszłym roku. Wzmianka o obłożeniu drewnem ostrych krawędzi nabrzeża, aby zabezpieczyć przed uszkodzeniem burty cumujących jednostek, choćby czasowo na czas remontu, wywołuje sporą konsternację u naszego gościa. Ponownie kłania się niewiedza, czy raczej nierozumienie potrzeb przepływających przez to piękne miasto wodniaków. A goście w pierwszej kolejności będą pamiętali, gdzie poobdzierali sobie kadłuby jachtów i gdzie do toalety trzeba było chodzić do działającej na sporej barce restauracji, po 10 zł od wejścia, niż zapamiętają uroki i historię miasta.

 rejs20182

  Wydajemy ogromne pieniądze na duże projekty promocyjne, zachęcamy Niemców, Holendrów, Belgów do odwiedzenia Polski drogą wodną. Drukujemy bardzo porządnie wydane edycyjnie locje, mapy i informatory po niemiecku, angielsku, niderlandzku. Zachęcamy na targach do rejsów po Wielkiej Pętli Wielkopolskiej lub drogą wodną MDW 70, ale zachodni wodniacy w pierwszej kolejności zwracają uwagę na rzeczywiste głebokości tranzytowe, możliwość swobodnego przepłyniecia całej Pętli lub drogi wodnej, infrastrukturę brzegową - tutaj nie mamy się absolutnie czego wstydzić, atrakcje historyczne i krajobrazowe. Najlepsze wydawnictwa nawigacyjne, czy pokazujące i promujące dany region, nie zastąpią informacji przekazywanej przez wodniaków pomiedzy sobą. Reklama, a zwłaszcza przekazywana od osobiście jest najbardziej skuteczna, i to w dwie strony. I nie zachęca to zachodnich turystów do pływania po Polskich Szlakach Wodnych. Niestety, turystów zwłaszcza pod niemiecką banderą, w porównaniu z rejsem w 2011 roku, widzieliśmy dużo mniej.

I co?, ano nic !. Od pięciu lat nie można z Odry dostać się na Wisłę, bo śluzy na obszarze Bydgoskiego Węzła Wodnego są w permanentnym remoncie, niektórych cykl remontowy przeciągnął się na dwa lata. Na całym szlaku Pętli Wielkopolskiej śluzowi wymagają od wodniaków podania nazwy własnej jednostki i nr rejestracyjnego, nazwiska armatora (kłania się pewnie RODO, choć nikt z nich tego nie weryfikuje, bo jak?), mocy silnika i wskazania drogi płynięcia: skąd-dokąd. Nie pomoga żadna dyskusja i argumenty, wykonują polecenia i kropka. A mnie nie przekonują tłumaczenia, że w ten sposób łatwiej „namierzyć” skradzioną jednostkę, po czym?, po tym, w którą stronę popłyneła?, przecież za chwilę może być wyslipowana i wtedy dopiero szukaj wiatru w polu. Wybierając się na opłyniecie Pętli, najlepiej już w domu przygotować sobie skserowaną 28 razy listę „koniecznych” informacji dla śluzowych. Dodatkowo na każdej śluzie wymagana jest opłata w wysokości 7,2 zł za każdą turystyczną jednostkę żaglową czy motorowodną. Czyli worek drobnych i stracony czas na wypisywane KP, czy wydawanie biletów. Czy nie łatwiej i taniej wprowadzić dla turystów wodniaków winiety naklejane na burty w określonym miejscu, na ustalony okres np: 15 dni, miesiąca, trzech czy sześciu miesięcy, lub obszaru pływania np: Pętla Wielkopolska lub Żuławska, Odra, Wisła, Mazury itp. Cena uzależniona od wielkości jednostki np: kajaki, jachty żaglowe czy motorowodne, czasu ważności lub obszaru pływania. Turysta płaci z „góry” za wybraną opcję (z np. dodatkowym bonusem za zakup winiety w I kwartale), śluzowy co najwyżej sprawdza/spisuje nr winiety i koniec procedur formalnych przy śluzowaniu. Teoretycznie czysty zysk i wygoda dla wszystkich, choć pozostaje kwestia rozliczenia kosztów śluzowania z poszczególnych śluz pomiędzy różnymi RZGW. Innym rozwiazaniem są „karnety”- wykupowane na określoną ilość śluz, szlak, okres.

  Następna obserwacja, która nasunęła mi się podczas tegorocznego rejsu, ważna napewno dla komfortu, a niekiedy i bezpieczeństwa wodniaków i ich sprzętu. To różne sposoby cumowania łodzi w komorach śluz. Od wnęk cumowniczych ze słupkami cumowniczymi w ścianie śluzy, poprzez polery umieszczone w różnej odległości i odstępach od brzegu śluzy, a kończąc na podłużnych uchwytach cumowniczych poprawadzonych równolegle do ścian komory. Każde z rozwiazań ma swoje zalety ale i wady. Wnęki to potrzeba przekładania cum na wyższy lub niższy poziom, w zależności od stopnia zapełnienia komory, choć cały czas możemy je obserwować i mieć kontrolę nad ich położeniem. Pachoły cumownicze, niewidoczne z komory przy dolnym poziomie wody, nie ułatwiają założenia cum przez załogę bez pomocy obsługi. Przy dopychającym wietrze w stronę komory śluzy, powodują najwięcej problemów z szybkim i bezpiecznym zacumowaniem. Kiedyś odpowiednie dla dużych jednostek transportowych, teraz utrapienie dla wodniaków, zwłaszcza kajakarzy. Zdecydowanie najwygodniejszym rozwiązaniem są dobrze widoczne i dostępne, podłużne uchwyty zamontowane wzdłuż pionowych ścian komory śluzy. Pozwalają na szybkie obłożenie cum w dowolnym miejscu i zapewniają bezpieczne i prawidłowe ustawienie jednostki w śluzie.

  Wskazane by było, aby podczas przyszłych prac remontowych lub modernizacyjnych na śluzach pamiętano o takim rozwiązaniu i montowano je, aby ułatwić cumowanie i zwiększyć bezpieczeństwo oraz komfort pływających turystów wodniaków.   

rejs20182 rejs20182

  Jeszcze jedna ważna sprawa dotycząca przede wszystkim Warty, na którą powinien jak najszybciej zareagować odpowiedzialny za te wody, to zupełny brak oznaczenia kilometraża rzeki lub jego niewielka liczebność. Jak to ważne dla bezpieczeństwa załogi i sprzętu w przypadku awarii lub innych zdarzeń, może być próba określenia swojego miejsca na rzece. Przy długich odcinkach nieuregulowanej rzeki, gdzie widzimy tylko wysokie piaszczyste skarpy, łąki lub porośnięte lasem przestrzenie, mało dokładną informacją dla chcących przyjść z pomocą służb jest wiadomość, że na prawo i lewo widzimy okrągłe drzewa. Przesadzam- niekoniecznie. Sam musiałem się zmierzyć jako komandor z taką sytuacją podczas zeszłorocznego rejsu Wisłą, gdy jedna z łodzi, na oznakowanym szlaku, nadziała się na zatopiony konar, przebijając burtę. Dopiero pomoc strażaków z miejscowej Straży Pożarnej, doskonale znających swój teren, pozwoliła po kilku godzinach nerwówki szczęśliwie zakończyć akcję.

  Wracając do naszego rejsu i dwudniowego pobytu w Gorzowie Wielkopolskim, miasto jest niezwykle ciekawe. Jego historia opowiadana w bardzo ciekawy sposób przez przewodnika PTTK, uzmysłowiła nam, jakim tyglem narodowościowym były kiedyś te ziemie na pograniczu Niemiec i Polski. Ślady działalności społecznej i twórczości artystycznej ówczesnych mieszkańców miasta często łączą się z ich  jakże różnymi postawami, gdzie Niemcy podkreślali swoją polskość, a Polacy nie chcieli w imię koniunkturalizmu mówić po polsku.

  Miasto warte polecenia, nawet na dłuższy pobyt, modernizujące się i ładniejące z każdym dniem. Dodatkowo wokół niego jest jeszcze wiele miejsc, gdzie historia odcisnęła swoje znaczące ślady a przyroda zachowana została w naturalnym środowisku.

  Ponownie przez Santok, wpływamy tym razem w Noteć. Pierwsze kilkanaście km płyniemy w zasadzie pod prąd, ale przy obecnym stanie wody nie utrudnia zbytnio żeglugi. Tak do pierwszej śluzy w Krzyżu, potem następne kilkanaście śluz skutecznie ogranicza uciążliwość rzecznego prądu. Płyniemy przez obszary chronione Doliny Noteci, to rozkosz dla oczu i uszu. Cisza i wszechogarniająca nas wokół zieleń, w zasadzie brak jakichkolwiek zabudowań, to coś, co jest w stanie każdego przekonać do pływania po Noteci. Istniejące już, nieźle wyposażone i zagospodarowane przystanie na rzece, zapewniają w pełni komfort cumowania i pobytu. Cieszą powstające miejsca postojowe, jak nowo odkryta przez nas Binduga – Keja 105 w Ujściu. Miejsce dobrze wyposażone, nastawione głównie na kajakarzy, ale dające również możliwość bezproblemowego cumowania dużo większym jednostkom. Dzięki życzliwości i chęci niesienia pomocy przez właścicieli, zakątek klimatyczny i funkcjonalny, a bliskość sklepów to dodatkowa zaleta tego miejsca.

 rejs20182

  Dzięki wieloletniej konsekwencji w działaniu samorządów miast zrzeszonych Związku Miast i Gmin Nadnoteckich, cały Szlak Noteci potrafi być przykładem tego, że wspólne działania mogą być o wiele efektywniejsze, trwalsze i dotrzeć do szerszego grona turystów wodniaków. Niezmiernie ważna jest zauważalna dbałość gestorów o własną infrastrukturę, byliśmy mile zaskoczeni bardzo dobrym stanem technicznym wyposażenia marin w Drawsku, Czarnkowie czy w Nakle nad Notecią, choć mineło już kilka lat od ich otwarcia. Niewątpliwie to też zasługa pracujących tam bosmanów.

  Jeżeli jestem już przy gestorach przystani to znamiennym przykładem dobrego gospodarza, znającego się i rozumiejącego potrzeby turystów wodniaków jest starosta nakielski. Podczas spotkania, na wszystkich rejsowiczach duże wrażenie zrobiła jego wiedza, rozważne plany rozbudowy, ale przede wszystkim przemyślane zagospodarowanie i wykorzystanie już istniejącej infrastruktury. Przystań w Nakle nad Notecią jest świetnym przykładem połączenie funkcji turystycznych, dydaktyczno-praktycznych – jest miejscem szkoleń dla uczniów Zespołu Szkół Żeglugi Śródlądowej, sal konferencyjnych, a kończąc na biurach własnych Referatu Turystyki i Sportu Starostwa Powiatowego. Wielorakość funkcji, całoroczne wykorzystanie obiektu to założenia, które powinny być priorytetem dla wszystkich, którzy planują ponowne inwestycje.

rejs20182 

  Pokonanie ponad 700 km Wielkiej Pętli Wielkopolskiej razem z odwiedzeniem Gorzowa Wielkopolskiego na trasie Ślesin-Ślesin, zajęło nas 24 dni spokojnej żeglugi, z czterema dwudniowymi pobytami w, naszym zdaniem, najciekawszych miejscach. Można tę trasę oczywiście pokonać szybciej, ale wtedy możemy, co najwyżej powiedzieć, że opłynęliśmy Pętle, a nie ją zobaczyliśmy, o zwiedzeniu nie mówiąc. Jest to tak urozmaicony i ciekawy turystycznie i krajoznawczo szlak, że lepiej podzielić sobie jego długość na dowolne odcinki i potem spokojnie płynąc zwiedzać atrakcje przyrodnicze, architektoniczne czy historyczne. Zaoszczędzi nam to również całodziennego wsłuchiwanie się w pracę własnego silnika. Jak wcześniej wspomniałem jest wiele materiałów pomocnych przy planowaniu wspaniałej podróży po najdłuższej Pętli Polskich Szlaków Wodnych.

  Nasza tegoroczna przygoda z Wielką Pętlą Wielkopolski zakończyła się w dniu 17 lipca w bardzo przyjaznej wodniakom Marinie Ślesin. Tutaj też wszyscy, którzy w jednym rejsie opłynęli Pętle otrzymali wysoko cenione w środowisku żeglarzy, Złote Odznaki Pętli Wielkopolskiej a kilka osób zasłużone pamiątki. Potem było tradycyjne „czyszczenie bakist”, wspólna biesiada, długie nocne opowieści                  i retrospekcje przeżytych przygód.

rejs20182

  Na koniec chciałbym podziękować wszystkim uczestnikom rejsu za chęć bycia razem, wyrozumiałość i niesienie pomocy drugim. Wspólne chwile, te radosne i te o których każdy z nas chce szybko zapomnieć. Uśmiech na twarzach i radość ze wspólnego pływania.

 

                                                           Do zobaczenia na Polskich Szlakach Wodnych.

Komandor rejsu

Wojtek Skóra

Relacja z XXXV Kursu i Zlotu Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK „Gołoborze 2018”

   Dawno oczekiwany zlot w Górach Świętokrzyskich to już niestety historia. Jak zawsze, pomimo sporych odległości w dojeździe, w Centrum Wypoczynkowym Gołoborze w Rudkach koło Nowej Słupi, dużym ośrodku sportowym z basenem, siłownią, spa, orlikiem i innymi urządzeniami sportowymi, ładnie położonym,  z widokiem na pobliską Łysą Górę i Święty Krzyż, w czwartek 27 września zameldowała się liczna grupa instruktorów i uczestników tegorocznego rejsu po Pętli Wielkopolskiej.

  Piątek to już tradycyjnie dzień, który przeznaczony jest na poznanie historii i zabytków odwiedzanego regionu. Wybór miejsc godnych zobaczenia był tak duży, że trudno było wybrać. A, że Góry Świętokrzyskie to zagłębie przeszłości dzień był bardzo intensywnie zagospodarowany czasowo i odległościowo.

Zaraz po śniadaniu wybraliśmy się autokarem do Świętej Katarzyny, do jednej z największych szlifierni krzemienia pasiastego w Polsce. Muzeum i szlifiernia kamieni robi ogromne wrażenie, właściciele przez ponad 30 lat zebrali niezwykłą kolekcję minerałów z całego świata, a ich wielkość, barwa i cena momentami zapierała dech w piersiach. Fantastyczne kształty i barwy eksponatów umiejętnie wyeksponowane i podświetlone w gablotach, u wszystkich zwiedzających wzbudziły ogromny podziw. Wielu z nas po raz pierwszy miało możliwość obejrzenia „na żywo” samorodka złota lub diamentu osadzonego w skale rodzimej. Również minerały występujące w Polsce: kalcyt, sfaleryt, malachit czy krzemień pasiasty wywoływały głównie u Pań ożywioną dyskusję czy ładniejsze byłyby z nich kolczyki czy jednak pierścionek, a napięty program tego dnia, na szczęście nie pozwolił na dłuższy pobyt w sklepowej części szlifierni. Dodatkowo sposób opowiadania przez przewodnika o minerałach, ich różnorodność, wreszcie pokaz obróbki kamieni, na długo pozostanie w pamięci uczestników zlotu.

  Szybka, choć kilkudziesięciu kilometrowa droga do Krzyżtoporu przebiegła błyskawicznie w doskonałych humorach. Zapowiadana na zlotowy weekend marna i deszczowa aura zupełnie się nie sprawdziła i mieliśmy przez cały czas piękną, bezwietrzną pogodę z przygrzewającym słoneczkiem.

  Olbrzymia kubatura Krzysztoporskiego zamczyska robi niesamowite wrażenie. Cztery wieżyce jak cztery pory roku, pięćdziesiąt dwa pokoje i trzysta sześćdziesiąt pięć okien daje świadectwo ogromu budowli. Właściciel Ujazdu i zamku Krzysztof Ossoliński, człowiek wszechstronnie wykształcony, o wielu talentach, chciał wielkością i formą swej rezydencji przyćmić wszystkie istniejące już magnackie siedziby. I choć zamek przetrwał w swej świetności tylko około 120 lat, dalej jest warty zwiedzenia i choć chwili zadumy nad przemijającym czasem. Przewodniczka, która nas oprowadzała po tej przeogromnej budowli również zasługuje na wiele słów pochwały. Jej wiedza, temperament i swada, z jaką przekazywała nam historię zamczyska i jego właściciela przykuwała baczną uwagę zwiedzających. Życzyłbym wszystkim przybyszom tak przemiłych i kompetentnych przewodników.

 

Czas szybko mijał i żołądki zaczęły się dopominać o swoje prawa. Zaplanowany dłuższy postój na obiad w drodze do Ćmielowa, stał się miłą chwilą relaksu i spełnił pokładane oczekiwania, zgodnie z zasadą – „coś dla ducha i ciała”.

  Fabryka Porcelany „Ćmielów” to temat na dłuższą dywagacje o pięknie, sztuce i kulturze. Manufaktura założona w 1804 przez długi okres swej działalności mogła się pochwalić wyrobami nagradzanymi na największych konkursach i wystawach porcelany w Europie i na świecie.

Jej  wyroby były w posiadaniu najznakomistszych rodów, specjalnie zamawiane na szczególne wydarzenie w dynastiach panujacych i rodzinach magnackich. Szczególną pozycję w ćmielowskich wyrobach zajmowały wieloczęściowe serwisy obiadowe czy kawowe, osobną, liczacą się pozycją w ofercie fabryki były figurki ludzi i zwierzat.

Zmieniające się koleje losu fabryki w okresie powojennym, wzloty i upadki doprowadziły do tego, że w 1996 roku manufaktura ponownie przeszła w prywatne ręce. Jej nowy właściciel, sam projektant i pasjonat wyrobów porcelanowych, w swej obecnej działalności w przemyślany sposób nawiązuje do najlepszych tradycji i wzorów z ponad 200 letniej historii fabryki. Duże wrażenie na zwiedzających wywiera bogata, często limitowana kolekcja figurek, wydawałoby się prostych w formie, lecz ich stonowany kolor i ogromna ekspresja ruchu wywołuje u członków klubu kolekcjonerów z całego świata, dreszczyk emocji i chęć ich posiadania.

Rozbudowana część muzealna, umożliwia uczestniczenie w warsztatach ceramicznych, gdzie mogliśmy zapoznać się całym procesem produkcji pojedynczego wyrobu, od wzoru, poprzez przygotowanie matrycy, mączki porcelanowej, kończąc na procesie wypalania, szkliwienia i malowania.

Przestrzegany wcześnie reżim czasowy pozwolił nam na dłuższy pobyt w muzeum, umożliwiając zwiedzenie wystawy sztuki współczesnej „Galeria van Rij”, w dużej części poświęcona twórczości prof. Lubomira Tomaszewskiego, znakomitego artysty: rzeźbiarza, malarza i projektanta porcelany. O sztuce można mówić długo, o twórczości i pięknie przedmiotów stworzonych przez L. Tomaszewskiego bez końca.

W Fabryce Porcelany „Ćmielów” powstają unikalne przedmioty, małe dzieła sztuki, dlatego dla chcących sprawić sobie lub komuś przyjemność, umożliwiono w firmowym sklepie manufaktury zakup jednostkowych, dość jednak drogich wyrobów.

  Tradycyjnie już, piątkowy wieczór Zlotu kończy się wspólną kolacją z grilla, przy której długo jeszcze po zmroku biesiadnicy wspominali kończący się sezon nawigacyjny, snuli opowieści o odbytych rejsach i wyprawach. Wymieniali się spostrzeżeniami na temat zagospodarowania i wodnej infrastruktury brzegowej, przekazywali doświadczeniami i omawiali plany żeglugowe na najbliższy rok.

  Sobotnie przedpołudnie zgromadziło na sali wykładowej chętnych chcących wziąć udział w zajęciach przypominających zasady zachowania bezpieczeństwa na jednostkach pływających, omawiane były prawidła użycia środków bezpieczeństwa osobistego, środków łączności pośredniej i bezpośredniej na jachtach oraz korzystania z pirotechniki sygnalizacyjnej. Duży nacisk podczas wykładów położono na meteorologię, klasyfikację chmur i występujących zagrożeń związanych z różnymi ich typami, zaś fantomy służące do nauki udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej były bardzo pomocne w praktycznej nauce wykonywania sztucznego oddychania i masażu serca.

Duże zainteresowanie wzbudził pokaz zastosowania defibrylatora w różnych sytuacjach związanych z zagrożeniem życia poszkodowanego.

  Po burzliwej dyskusji ustalono również, że przyszłoroczny Kurs i Zlot Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK odbędzie się w Soczewce, nad Zalewem Włocławskim. Położenie miejsca w środkowej części Polski, łatwy i niezbyt uciążliwy dojazd  z różnych stron zadecydowało o tym, że w któryś z wrześniowych weekendów 2019 r spędzimy zwiedzając Ziemię Płocką, Włocławek i okolice.

  Na zakończenie części szkoleniowej spotkania, wszyscy uczestnicy podjęli przez aklamację uchwałę w sprawie wystąpienia do Zarządu Ligi Morskiej i Rzecznej z wnioskiem o przyznanie Krzyża Pro Mari Nostro Jerzemu Kulińskiemu, twórcy i od ponad 20 lat czynnie prowadzącemu portal internetowy - Subiektywny Serwis Internetowy, skutecznie promującego tematykę bezpieczeństwa żeglarzy na morzu i śródlądziu.

  W sobotnich planach była jeszcze wycieczka na Święty Krzyż, lecz ze względu na niemożliwość bezpośredniego dojazdu w dzień powszedni na szczyt Łysej Góry, do pokonania piechotą byłoby około 2, 5 km, odłożyliśmy tę atrakcję na niedzielne do południe. Tylko wtedy, gdy odbywają się w sanktuarium na Świętym Krzyżu nabożeństwa, można podjechać samochodem prawie pod samą świątynie.

  Po dotarciu w niedzielę na szczyt, wspaniała słoneczna i wyżowa pogoda sprawiła, że widok ze Świętego Krzyża rozciągał się dookoła na kilkanaście kilometrów. Tak urokliwe miejsce zwabiło mnóstwo ludzi, zaś historia i tajemniczość samej bazyliki spowodowały, że czas przeznaczony na pobyt bardzo szybko minął. A chcieliśmy jeszcze, po krótkim spacerku, obejrzeć na północnym stoku Łysej Góry, ze specjalnie przygotowanego tarasu widokowego, pięknie zachowany fragment rumoszu piaskowca kwarcytowego, zwanego – „gołoborzem”. Teren ten jest pod ścisłą ochroną i podlega nadzorowi Świętokrzyskiego Parku Narodowego, dlatego miejsce to, choć bardzo powoli zarasta, jest prawie nienaruszone przez działalność człowieka.

Dotarcie drogą powrotną, wijącą się pośród pagórków i pól do Rudek też szybko minął, ostatni obiad podczas zlotu i każdy z nas, choć w różnych kierunkach, udał się w drogę do swych stałych miejsc „zimowania”, aby w przyszłym roku ponownie wypłynąć na kolejny rejs po śródlądowych drogach wodnych, realizując PTTK - owski projekt Polskich Szlaków Wodnych.

Do zobaczenia na wodnych szlakach, na wspólnych imprezach i zlotach, bo nie ważne gdzie, ale zawsze ważne, z kim.

                                                                        Komandor zlotu

                                               Przewodniczący Komisji Turystyki Żeglarskiej ZG PTTK

                                                                           Wojtek Skóra

Październik 2018 r.

 

Założenia i wstęp

Relacja ta będzie zebranymi komentarzami pisanymi na gorąco z chwil przeżytych podczas rejsu. Chwil momentami wspaniałych, czasami śmiesznych i takich sobie.  A sześciotygodniowy rejs w ramach realizowanych przez społeczny komitet obchodów Roku Wisły 2017 przyniósł ich wiele. Specjalnie podkreślam tutaj wagę tych obchodów przygotowywanych przez trzy lata i popartych odpowiednią uchwałą o przyjęciu patronatu honorowego nad wydarzeniem przez Sejmu RP. Bo różnorodność planowanych imprez, spotkań, wycieczek, rejsów i spływów na Wiśle w 2017 roku, przebija wszystko, co dotychczas usiłowano społecznie zorganizować, aby przybliżyć i opisać stan przygotowania wiślanych brzegów dla turystyki wodnej. Zainspirowało także dalsze działania inwestycyjne samorządów terytorialnych mijanych miejscowości, prywatnych gestorów, nawet zwykłych mieszkańców.

XXXVIII Sztandarowy Rejs Żeglarsko – Motorowodny PTTK „Królowa Wisła 2017” od samego początku wpisywał się w plan obchodów Roku Wisły. Nauczony doświadczeniem zdobytym podczas organizacji poprzednich rejsów po Wiśle, wiedziałem, że rejs od Km „0” spławalnej Wisły, czyli od Broszkowic koło Oświęcimia, nie będzie sprawa łatwą. Uznałem również, że taki rejs, z takiej okazji, w tym roku nie może rozpocząć się od banalnego zwodowania łodzi przy progu wodnym na Sole (ok. 400 m od Wisły, na której w tym miejscu nie ma możliwości wyslipowania się). Rozpoczęcie musi mieć inny wymiar, godny i nie codzienny. Jeżeli mamy przepłynąć cały Szlak Wisły, zacznijmy go w symboliczny sposób u źródeł rzeki, prawie pod szczytem Baraniej Góry, przy gościnnych progach schroniska PTTK „Przysłop”.

15.06.2017. W czwartkowy, świąteczny i słoneczny poranek, ogromne zdziwienie  a zapewne i rozdrażnienie wędrujących na szczyt turystów, budził mozolnie wspinający się pod górę terenowy samochód z przyczepą, na której umieszczony został poczciwy Cadet. Jeszcze większe zdumienie i zaciekawienie mógł wywołać widok otaklowanej żaglówki, z dumnie powiewających na niewielkim wietrze żaglami, tuż przy wejściu do schroniska. Pytań do nas i wspólnych fotografii z jachtem było bez liku. Nie codziennie w Polsce można spotkać otaklowaną żaglówkę na wysokości 900m n.p.m.

Rzeczywisty rejs rozpoczęliśmy dwa dni później w Broszkowicach koło Oświęcimia, nad brzegiem Soły. Bezpieczne i szybkie zwodowanie łodzi gwarantował operator dźwigu wyposażonego w trawersę. Tutaj też licznie miejscowe władze, pomimo padającej mżawki, momentami przechodzącej w deszcz, wzięły udział w uroczystości rozpoczęcia rejsu. Dalej niech przemówią moje notatki, robione na gorąco.

Wybór zapisów z Dziennika Pokładowego

17.06.2017-„W uroczystości oficjalnego rozpoczęcia rejsu udział wzięli: wójt gminy Oświęcim pan Albert Bartosz, który wręczył uczestnikom rejsu Certyfikaty Km „0”, przewodniczący Rady Gminy - pan Piotr Średniawski, naczelnik wydziału promocji UM w Oświęcimiu – pan Marek Tarnowski, sołtys Broszkowic- pani Anna Sporysz, kilku radnych sołectwa i sporo mieszkańców Broszkowic. Impreza bardzo fajna, choć pogoda niespecjalnie dopisała, co chwilę padał deszcz.”

18.06.2017. Jesteśmy przy cyplu rozdzielającym Wisłę i wpadająca do niej Przemszę. Tabliczka z oznakowaniem kilometrażu tym razem na swoim miejscu, Km „0” spławalnej Wisły zaliczony. To wspaniałe uczucie być ponownie w tym samym miejscu. Rozpoczynamy rejs.

20.09.2017. Od wczoraj jesteśmy już w Tyńcu, dzisiaj płyniemy do Krakowa gdzie będziemy stali przy Bulwarach na Kazimierzu.

21.06.2017. Ostatniej śluzy Kaskady Górnej Wisły nie da się przepłynąć, niestety bardzo, bardzo, bardzo niski stan wody w Wiśle nie pozwala nam przejść śluzę         w Przewozie (kuriozum na skale europejską- fotki), próbowaliśmy zrzucić się ponownie na wodę w okolicach mostu w Połańcu, ale w ciągu nocy ubyło wody          o ponad 50 cm i pomimo przygotowanego dzień wcześniej zjazdu, nici z wodowania. Pozostaje kwestą gdzie się zrzucimy?. Jest tak niski poziom wody w rzece, że teoretycznie nie do przepłynięcia jest jeszcze „Km 119” - nie chcę narażać łodzie na rozbicie. Kombinuje jak się zwodować na 122 km w Nowym Brzesku. Potem to samo na przeprawach promowych w Nowym Korczynie i Opatowcu. Wszędzie za niski stan wody. Zdecydowałem, że przewozimy łodzie (dwie niestety ze względu na koszty pozostały w Jacht Klubie Polski Nowa Huta) do Sandomierza. Prawie wszystko mam już ustalone, zajmie nam to dwa dni.

22-23.06.2017. Jesteśmy już w Sandomierzu, Dzień w wczorajszy i dzisiejszy przeznaczony był na przewóz łodzi. Sandomierz póki, co jest spławalny, wody tutaj też nie za wiele, ale przynajmniej już dno rzeki piaszczyste i w razie wejścia na łachę będzie można w miarę bezpiecznie zepchnąć łódź na głębszą wodę. Nie wiem, co będzie w poniedziałek, bo do tego czasu musimy tu zostać, (choć sobie nie krzywdujemy), bo zgodnie z harmonogramem dołączyć do rejsu ma się jeszcze jedna łódka.

Po przerzucie łodzi z Nowej Huty do Sandomierza spędziliśmy w nim trzy dni. Przystań, w zatoce pod zamkiem, jest ładnie zaprojektowana, ale chyba projektant nie przewidział takiego zainteresowania przystanią i wypożyczalnią sprzętu wodnego oraz sporego ruchu turystów w każdy ciepły dzień, albo chciano zbyt zaoszczędzić na materiałach. Plastikowe pomosty to w tym miejscu jakieś nieporozumienie, ani to trwałe ani bezpieczne, tym bardziej, że już kilka pływaków jest uszkodzonych. Zaplecze sanitarne też wydaje się zbyt ubogie do faktycznych potrzeb. Dodatkowo wykupione na stałe miejsca postojowe, bez możliwości z ich wykorzystania                w przypadku zgłoszonych nieobecności rezydentów, mocno ograniczają wykorzystanie przystani. Miejsca w y-boomach świecą pustkami, ale czerwona tabliczka na końcu postojowego boksu jest jednoznaczna. To jest tylko moja ocena wyrobiona na podstawie krótkiego pobytu, potwierdzona niestety rozmowami              z obsługą przystani. Dodatkowo sama zatoczka jest bezodpływowa, pewnie niewiele czasu minie a zaczną się problemy z zalegającym na dnie mułem. Kłania się brak samooczyszczającego połączenie zatoczki z rzeką.

W sobotnie popołudnie 24.06 uczestniczyliśmy z rzeszą turystów i mieszkańców Sandomierza w tradycyjnych Wiankach, a że pogoda była doskonała, przygotowane przez wydział promocji miasta atrakcje interesujące dla wszystkich grup wiekowych, humor i uśmiech na twarzach były wszechobecne. Dużą atrakcją dla wszystkich był rejs statkiem "Syrenka”, z którego pokładów chętni mogli puszczać na wody Wisły przygotowane przez siebie, duże i małe, o różnych kształtach i barwach Wianki.

Dla nas szczególnie ważne było późniejsze dłuższe spotkanie z prawdziwym Człowiekiem Wisły kpt Tadeuszem Prokopem, wielkim przyjacielem wszystkich płynących Wisłą oraz potrzebujących rady lub pomocy.

Jutro rano ruszamy dalej szukać przygody i głębokiej wody.

28-29.06.2017. Sandomierz -wyspa na Wiśle w okolicach Basoni-316 km rzeki.

Przerzut łodzi do Sandomierza pozostawił nam trzy wolne dni, aby powrócić do ustalonego harmonogramu rejsu. Przepiękna pogoda, niesamowite krajobrazy mijanych miejsc, zapraszająca do postoju przyroda, spowodowały, że postanowiliśmy zrobić postój na jednej z wiślanych wysp koło Basoni. Niech fotki oddadzą piękno tego miejsca.

1.07.2017. Basonia – Kazimierz Dolny

Cóż, dobrze, że woda ciepła i piasek w Wiśle miałki. 34. km trasę pokonujemy pchając się w dwanaście i pół godziny. Po zacumowaniu w Kazimierzu Dolnym  jesteśmy tak zmęczeni, że zaraz wszyscy idziemy nyny. Zwiedzanie odkładamy na dzień następny. Niestety zamiast w miarę przepłyniętych km przybywać wody i następnych załóg stajemy się coraz większymi specjalistami od przepychania łodzi przez niezliczone ilości piaszczystych łach.

Do tego w nurcie wszelkiego rodzaju i wielkości przeszkody, od zatopionych pojedynczych gałęzi po ogromne drzewa, wyglądające jak matuzalemy rzecznych przeszkód. Z daleka wygląda ciekawie, dużo mniej przy bliskim omijaniu przeszkody.

Przeżycia ostatnich dni, wiele trudu przy pchaniu, poszukiwaniu szlaku lub jego osobistym wyznaczaniu, w najlepszym przypadku poprawianiu-wkopywaniu na nowo poprzewracanych znaków nawigacyjnych, w pełni upoważnia nas do oficjalnej zmiany nazwy rejsu. Od teraz jesteśmy uczestnikami I Eksperymentalnego, Pieszego Rejsu Żeglarskiego "Królowa Wisła 2017". Przesyłamy ukłony dla wszystkich uczestników tegorocznych imprez wodnych na Polskich Szlakach Wodnych.

Jednak największym dyskomfortem dla płynących załóg, pomijając poziom wody, na który nie mają wpływu, jest fatalny stan oznakowania nawigacyjnego lub jego całkowity brak. Ciągłe wypatrywanie oznaczeń brzegowych, zwłaszcza zielonych tyk

na tle rozbujałej nadwiślanej przyrody jest nie tylko stresujące, ale staje się wręcz dla płynących niebezpieczne. A rozmowy z przypadkowo spotkanymi szlakowymi (nadzorcami wodnymi odpowiedzialnymi za oznakowanie i opiekę nad kilkukilometrowym odcinkiem rzeki) utwierdzają mnie ponownie w przekonaniu, że gdyby tylko ułamkową część kosztów opracowań, konferencji, sympozjów dotyczących teoretycznego otwarcia Wisły dla żeglugi towarowej, została przeznaczona na paliwo do łodzi szlakowych, przyniosłoby to większy pożytek dla rzeczywistych a nie wirtualnych użytkowników rzeki.

3.07.2017. Przystań w Puławach, jak na razie najładniejsze i najbardziej przemyślane miejsce postojowe dla turystyki nie tylko wodnej wzdłuż Wisły. Na starorzeczu Wisły powstało miejsce obejmujące nie tylko przystań wodną dla różnej długości i o różnym zanurzeniu jednostek, ale znakomicie wyposażone pole namiotowe i caravingowe. Do tego ciekawie zagospodarowane miejsce zabaw dla dzieci. Całość uzupełnia dobrze wyposażone zaplecze techniczne bosmanatu z hangarami do składowania łodzi. Miejsce nagrodzone nagrodą Przyjaznego Brzegu w 2013 roku. Niestety i tutaj nie przewidziano naturalnego samooczyszczania się zatoczki. A szkoda, bo do ogólnych kosztów inwestycji wydatek niewielki a jak ułatwiający potem normalną eksploatację przystani.

Próg podpiętrzający w Kozienicach

Komunikat Elektrowni Kozienice

…”Szanowni Państwo,

W związku z budowanym na Wiśle na wysokości Elektrowni Kozienice w Świerżach Górny progiem tymczasowym informujemy, że istnieje możliwość przeprawiania w tym miejscu jednostek pływających za pomocą dźwigu. Szczegóły znajdziecie  Państwo w załączonych materiałach, w tym w informatorze. Prosimy o udostępnienie tych informacji wszelkim możliwym organizatorom spływów, informacje te zostaną także umieszczone na naszej stronie internetowej.

Serdecznie pozdrawiam

Doradca Zarządu/Rzecznik Prasowy/Kierownik Biura Komunikacji”.

a oto jeden z zapisów z obowiązkowego „oświadczenia korzystającego z przenoski” to jakieś kuriozum. Ciekawe, ponoć tylko czasowo zamykają ogólnodostępną rzekę, (chociaż jak wiadomo prowizorki są najbardziej trwałe), a wymagają podpisania takich oświadczeń jak by byli właścicielami rzeki.

-„Ponadto oświadczam, iż w razie doznania szkody w związku z korzystaniem z przenoski zrzekam się roszczenia o jej naprawienie przeciwko Enea Wytwarzanie sp. z o.o., obsłudze przenoski podwykonawcom oraz innym osobom, w tym pracownikom lub przedstawicielom osób wyżej wskazanych oraz zobowiązuję się tego roszczenia nie dochodzić na drodze sądowej, za wyjątkiem sytuacji, gdy szkoda zostałaby wyrządzona umyślnie”.

4.07.2017. Zdjęcia z przepłynięcia przez próg podpiętrzający obok elektrowni  w Kozienicach, generalnie nie taki diabeł straszny, jak go malują. Jednak przed przepłynięciem tej kilkudziesięciu metrowej przeszkody proponuję koniecznie skontaktować się z Elektrownią pod nr 48 614 13 08 lub 601 344 671.

To wąskie, około 20 m szerokości i 1,5 m głębokości gardło, rozpoczynamy pokonywać płynąć po znakach przy lewym brzegu by potem ostro skręcić w prawo i przy prawym brzegu pokonać wyżłobioną przez rzekę rynną i po prostu płynąć dalej. Uwaga na duży „uciąg" wody, dla bezpieczeństwa prędkość własna powinna przekraczać szybkość płynącej wody.

Kolejne zdjęcia pokazują poprawianie oznakowania szlaku, podczas dotychczasowej drogi wiele, wiele razy widzieliśmy znaki nawigacyjne poprzewracane, zatopione       w wodzie, znaki prawego i lewego brzegu stojące dla „bezpieczeństwa" przywiązane do jednego drzewa np.: na wiślanej wyspie, itp.

Oznakowanie szlaku lub jego brak, usytuowanie oznaczeń prawego i lewego brzegu, na długich odcinkach, brak „kilometrówki", to temat na szczegółowa ocenę i obszerny materiał.

5.07.2017. W Górze Kalwarii teoretycznie mieliśmy zacumować przy wejściu do kanału prowadzącego do byłego ośrodka Brzanka. Na miejscu okazuję się, że łacha usypana przez rzekę ma ponad 50 m szerokości i z biwaku w tym miejscu nici.

Po kilkuminutowych poszukiwaniach cumujemy przy lewym brzegu tuż przed mostem kolejowym, tu też odwiedza nas, sprawiając nam ogromną niespodziankę wicestarosta piaseczyński, urodzony wodniak i samorządowiec. Długo rozmawiamy   o turystycznym zagospodarowaniu Wisły, podstawowych potrzebach wodniaków, o modułowej budowie takich obiektów. Czas szybko mija i pora się pożegnać.

Jutro do południa wyruszamy do Warszawy.

6.07.2017. Opisując wczorajsze przeszkody na Wiśle nie przypuszczałem, że już dzisiaj możemy się przekonać jak niebezpieczne jest napłynięcie na nie. Płytko pod powierzchnią wody zatopiony na nurcie, tuż przy prawym znaku nawigacyjnym ogromny konar robi spustoszenie w kadłubie w jednym z płynących jachtów. Na szczęście łódź osiada na pniaku i pomimo zalania do połowy wodą nie tonie. Próby ściągnięcia jej przy pomocy innej łodzi nie przynoszą żadnych efektów, kłania się moc naszych silników. Ewakuujemy na pobliską łachę załogę, która zabiera ze sobą dokumenty i najważniejsze wyposażenie jachtu. W tym samym czasie próbuje uzyskać pomoc od Policji Wodnej (całkowicie zaangażowanej w obstawianie rzeki       z powodu wizyty Prezydenta USA), potem miejscowego WOPR w Otwocku (po wybraniu numeru alarmowego zgłasza się automatyczna sekretarka z komunikatem - "zostaw wiadomość" sic!), dopiero po interwencji pod nr 112 oddzwania Straż Pożarna z Piaseczna (około 15 km od miejsca wypadku) i bez problemu przysyła zastęp ratowniczy z płaskodenną łodzią i 50 konnym silnikiem. Ci po przyjeździe na miejsce i ocenie sytuacji pomagają zabrać z łodzi pozostałe cenne rzeczy, spisują protokół i deklarują wszelką dodatkową, a możliwą do wykonania przez nich pomoc. Niestety łódź mocno "siedzi" na wystającym z pnia konarze (nabita prawie jak na pal)  i wszelkie próby przeciągnięcia jej do przodu lub tyłu mogą spowodować tylko jeszcze większe rozerwanie burty i natychmiastowe jej zatonięcie. Pomimo tego, że armator posiada ubezpieczenie Jacht Casco w (...) ponad półtoragodzinne rozmowy z ubezpieczycielem nie przynoszą żadnego rezultatu. Nikt nie chce podjąć decyzji, co dalej z łodzią na wpół zatopioną w nurcie rzeki, na trasie szlaku żaglowego. Później okazuje się, że ich najbliższy rzeczoznawca rezyduje w Szczecinie, ot proza  w kontaktach z firmami ubezpieczeniowymi. Składkę szybko i bezboleśnie każda z firm ubezpieczeniowych potrafi wziąć, jeżeli zaczynają się problemy zaczynają się i schody.

Ubywa i wody i uczestników, którzy po przedziurawieniu łodzi na zatopionym, niewidocznym drzewie już poniżej miejscowości Gassy musieli wycofać się z rejsu. Następnej załodze, która miała rozpocząć swoją przygodę z Wisłą w Warszawie odradziłem (sic!) udział w rejsie ze względu na zanurzenie i nie typową budowę dna łodzi (dodatkowe stałe, boczne miecze). Po co mają się stresować i mocno zrazić się do pływania po rzekach.

Aby nie było niejasności, na szlaku wodnym, miejscami bardzo marnie oznakowanym (eufemizm!!!), około 100 m przed Mostem Siekierkowskim, tuż przy prawym brzegu rzeki też poznajemy jej głębokość i twardość rzecznego dna. „Już witał się z gąską …” a tu …pchanie.

Nie chciałbym, aby moje relacje stały się antyreklamą turystyki wodnej na Wiśle, bo Wisła to nie tylko niebieska kreska na mapie, ale organizm, który żyje i daje żyć. Wisła wcale nie jest ostatnią "dziką rzeką Europy", Wisła jest czasem krnąbrna, rwąca i nieprzewidywalna, czasem oschła i płytka, ale zawsze piękna i majestatyczna. Prowadząc już kolejny rejs od Km „0” żeglownej Wisły, zdobywając doświadczenie na wodzie wysokiej i niskiej, zawsze będę namawiał żeglarzy turystów do wędrówek po tej niezwykłej urody acz wyniosłej rzece.

10.07.2017. Wydawałoby się, że poniżej Warszawy będziemy mieli więcej swobody przy płynięciu. Nic bardziej mylnego, jeszcze przez wejściem do Śluzy Żerańskiej prawie całą szerokość rzeki przegradza kilka naturalnych kamiennych grobli. Przejście bardzo blisko lewego brzegu. Dalej już pod Modlinem, pomimo niezłego już oznakowania nurtu ładujemy się na kolejną łachę, cóż kłania się brak wody, Zwiedzamy Twierdzę Modlińską i płyniemy na kolejny biwak.

11.07.2017. Jak dotąd pogoda raczej nam nie dokuczała, lecz zacumowani w miarę zawietrznej zatoczce poniżej Modlina mieliśmy możliwość obserwować na niebie walkę ciemno granatowych chmur z wiejącym z różnych kierunków wiatrem. Fascynujące widowisko, tym bardziej, że nad nami przechodziła ścieżka podejścia dla lotniska w Modlinie. Rozchwiane samoloty szykujące się do lądowania, świszczący wiatr i ... zero deszczu. Dopiero po około 40 minutach musieliśmy szczelnie zamykać wszelkie zejściówki, bo rozszalały wiatr ciskał ogromne krople deszczu z różnych kierunków.

12.07.2017. Następny, piękny i rześki poranek w niczym nie przypominał wieczornej pogody.

Płyniemy do Czerwińska by w klasztorze salezjanów obejrzeć wystawę pamiątek przywiezionych przez misjonarzy ze swoim misji na całym świecie. Bardzo ciekawa       i pouczająca wystawa, zwłaszcza w kontekście "prymitywizmu" nawracanych ludów. Następny biwak poniżej Wyszogrodu już bez żadnych "pogodowych" emocji. Tutaj ciekawostka, na tym odcinku prawie zupełnie znikły wszelkie oznaczenia nurtu, ot taki surprise od RZGW.

W zasadzie odcinki rejsu od Wyszogrodu można wreszcie zatytułować "Królowa Wisła 2017" - drugie oblicze rzeki. Powróciło oznakowanie nurtu w postaci baken. Płyniemy prawie jak po sznureczku.

13.07.2017. Niewielki odcinek do Słupna, do Stanicy Flis w Liszynie jest bardzo ładny przyrodniczo, Wisła pomimo to, że dalej jest płytka i szalenie wymagająca, ale nareszcie porządnie i przewidywalnie oznakowana. To bardzo pomaga płynąć i nie jest tak stresujące zwłaszcza dla tych, którzy rzekę poznają po raz pierwszy.

Tutaj uczestniczymy w Święcie Wisły zorganizowane przez Gminą Słupno  i Stowarzyszenie Wodniaków Flis, w zamian przygotowaliśmy dla chętnych, zgodnie ze starodawnym obrzędem i ceremoniałem tradycyjny żeglarski grog. Piknik poprzez swoją doskonałą organizację i jego atrakcyjność, pomimo, że odbywał się w środku tygodnia, przyciągną ogromną rzesze mieszkańców gminy Słupno i okolicznych wodniaków, czego powinni mocno zazdrościć organizatorzy nie jednej imprezy realizowanej w weekend.

Przeskok z Liszyna do Płocka miał być tylko spacerkiem, ale w miarę zbliżania się do pierwszego mostu, fala niesiana zachodnim wiatrem jest coraz większa i ma już około metra. Wiatr dalej wyczynia z łodziami różne harce, silniki co chwilę wyskakują z wody i drą się w niebogłosy. Uciekamy schować się za mały cypelek ostatniej wyspy chroniący nas przed otwartą przestrzenią Zalewu. Zasłonięci od wiatru grzecznie czekamy aż Neptun tego dnia się wyszaleje i pozwoli nam dopłynąć do przystani Klubu Morka, która jest zlokalizowana tuż przy płockiej skarpie,                   w najbliższym sąsiedztwie amfiteatru. Cumujemy tam około 21.20 witani przez dyżurujących członków klubu. Noc po pełnych wrażeń poprzednim dniu szybko mija, wychodzimy na wycieczkę po pięknym, książęco - królewski Płocku.

14.07.2017. Po obiedzie zafundowanym przez Kol. Andrzeja Jodełkę płyniemy do Nowego Duninowa, portu prawie w połowie Zalewu Włocławskiego by w dniu następnym wziąć udział w dużych regatach samorządowych o Puchar Marszałka Województwa Mazowieckiego, Starosty Płockiego i Wójta Gminy Nowy Duninów.

15.07.2017. Wzięliśmy udział, jako jedna z 47 załóg w Regatach Samorządowych  o Puchar Marszałka Województwa Mazowieckiego, Starosty Powiatu Płockiego i Wójta Gminy Nowy Duninów. Pogoda wspaniała, mnóstwo ludzi i wiele, wiele atrakcji. Masz jacht został zaliczony, (choć silnie przeładowany wszystkimi szpejami jakie są potrzebne w tak długiej podróży) do najliczniejszej klasy T 2. Wiele łodzi startujących w tej klasie to prawie „wydmuszki- lekkie jachty niemal pozbawione dodatkowego wyposażenia- a my na jedynym w Polsce jachcie typy MAK 707 GTK typu ket, o jednym żaglu i bardzo nietypowej sylwetce, w składzie: Wojtek Skóra -sternik, Zygmunt Borg- załoga, armator jachtu, zajmujemy trzecie miejsce. Było nam niezmiernie miło odbierając z rąk Marszałka Województwa nagrodę i dyplom. Podczas tej uroczystości sam mam możliwość wręczenia Pucharu Prezesa ZG PTTK dla najstarszego sternika regat.

Wieczorem jeszcze oglądamy ryczące motory uczestników zlotu motocykli i występ zespołu Bajer Full, zabawa i śmiechy rozbrzmiewają potem długo w nocy.

17.07.2017. Odcinek do Włocławka to spacerek po głębokich wodach Zalewu Włocławskiego, a sama dolna przystań już na rzece to istna perełka wśród wiślańskich przystani. Nigdzie, nawet pływając po zachodnio europejskich rzekach i kanałach nie miałem możliwości cumować „pod dachem". Niech resztę powiedzą fotki.

Pod Toruniem przekroczyliśmy dawną granicę zaboru rosyjskiego i pruskiego,   z charakterystycznym słupem granicznym.

W Toruniu oddano w tym roku nową przystań, niewielką i ładną, z bogatym zapleczem techniczno - socjalnym. Jedyna wada to płyciutko, oj płyciutko.

20.07.2017. Bydgoszcz jak zawsze ciekawa, pełna imprez i atrakcji. Gdyby tylko dało się wejść bez problemu z Wisły do kanału śluzy Czersko Polskie, będącej na Międzynarodowej Drodze Wodnej E 70, było by jeszcze piękniej.

Płytko i zarośnięte, dobrze, że chwilę wcześniej przebijała się na Wisłę barka  i wycięła nam w zielsku i pogłębiła w piachu tor wodny.

RZGW zastosowało tu wypróbowany przez drogowców sposób (jak jest dziura to ustawiają ograniczenie prędkości) i umieściło znaki informacyjne o głębokości tranzytowej max.30 cm !!!.

Droga z Bydgoszczy przez Chełmno to raj dla wodniaków. Szlak dobrze oznakowany, przecudna przyroda, ciche zatoczki, czysta i ciepła woda w Wiśle... tylko płynąć i marzyć.

23.07.2017. W Grudziądzu następna godna wymienienia przystań na szlaku Wisły, choć i tu popełniono kilka błędów przy projektowaniu. Przystań położona jest w zamkniętej, bez przepływowej zatoczce i również tutaj zaczyna być problem  z mułem i tym wszystkim, co się zaczyna znajdować na jej dnie.

25.07.2017. Szlak w kierunku Przekopu to sympatyczny, stosunkowo prosty nawigacyjnie i dobrze oznakowana trasa. Sama przyjemność.

27.07.2017. Prawie już koniec naszej sześciotygodniowej drogi. Wisła pokazała nam dwa oblicza, pierwsze do Warszawy rzeki krnąbrnej, niedającej się obłaskawić, a przede wszystkim bardzo płytkiej i nieobliczalnej. Rzeki, gdzie brak właściwie oznakowania, lub oznakowania poprzewracanego czy ustawionego w mało widocznych miejscach, a przepychanie się przez niezliczone łachy były rzeczą normalną, uciążliwą i niesamowicie męczącą. Drugie to oblicze dumnej królowej, dalej tajemniczej, lecz już przystępnej, z miejscami o rwącym nurcie, ale dającym się przewidzieć. O wyglądzie nadobnej damy szybko jednak karcącej za brak nieuwagi lub zadufaniu własnym sternika. Obliczu piękny i niedającym się zapomnieć.

29.07.2017. Gdańsk, słonecznie i niezmiernie ludno na Długim Targu. Niesamowicie barwne rozpoczęcie 757 Jarmarku Dominikańskiego.

30.07.2017. To ostatnia relacja z XXXVIII Ogólnopolskiego Rejsu Żeglarsko-Motorowodnego PTTK "Królowa Wisła 2017". Rejsu długiego i ciężkiego ze względu bardzo niski stan wody w Wiśle oraz liczne braki w oznakowaniu szlaku żeglugowego. Ale rejsu jednocześnie pokazującego uroki nadwiślańskich krajobrazów, dającego wspólnie przeżyć niezapomniane chwile, sprawdzającego  i podnoszącego umiejętności żeglarskie i motorowodniackie. Rejsu uczącego zdyscyplinowania, wzajemnej pomocy oraz życzliwości w różnorodnych warunkach nawigacyjnych i pogodowych. Wreszcie pokazującego, że Królowa Wisła to nie tylko ślad na fizycznej mapie Polski. Że, pomimo zaniechania na wiele lat realizacji dużych inwestycji dotyczących gospodarki wodnej regulującej jej bieg, jest dalej rzeką piękną i wartą przepłynięcia. Pięć osób, które w jednym rejsie przepłynęły całą długość rzeki, zostało nagrodzonych podczas uroczystości zakończenia rejsu na Westerplatte, złotymi odznakami Szlak Wisły, w tym trzy osoby po raz drugi.

Rejs pokazał także, że dopiero zaangażowanie samorządów lokalnych i prywatnych inwestorów w zagospodarowanie turystyczne brzegów rzeki i wybudowane przez nich przystanie przynoszą im wyłącznie chwałę i szacunek. Jest to równocześnie zaproszenie dla wszystkich wodniaków z całej Europy, aby chcieli pływać i podziwiać Wisłę.

Sam zapraszam wszystkich chcących przeżyć wodną przygodę na następne rejsy i spływy organizowane przez PTTK.

 

Tak widział i spisał

Komandor rejsu

Wojtek Skóra

Zaproszenie

na XXXIV Kurs i Zlot Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK

„BAJKA 2017

 

Zapraszamy wszystkich Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK, kandydatów na kurs instruktorski oraz sympatyków i przyjaciół PTTK, na coroczny Zlot organizowany przez Oddział Miejski PTTK w Pruszkowie wraz z Pruszkowskim Klubem Wodniaków „Cirrus”       i Komisję Turystyki Żeglarskiej ZG PTTK.

W tym roku gościć będziemy w dniach 21-24.09.2017r. w Ośrodku  Wypoczynkowym Bajka koło Ostródy.

Ramowy program zlotu:

L.P.

Data/Godzina

Wydarzenie

Miejsce

1

2017.09.21 (czwartek)

Od 16:00

Zakwaterowanie

Ośrodek Wypoczynkowy

Bajka

4-100 Ostróda

ul. Wałdowo 48

2

2017.09.21 (czwartek)

18:00-21:00

Kolacja – powitanie uczestników

OW Bajka

3

2017-09-22 (piątek)

9.00-9.30

Śniadanie

OW Bajka

4

2017-09-22 (piątek)

10.30

Zabawy i zajęcia sportowo - rekreacyjne

OW Bajka

5

2017-09-22 (piątek)

14.00-15.00

Obiad

OW Bajka

6

2017-09-22 (piątek)

15.30

Regaty DZ i kurs na Instruktora, zawody wędkarskie ewentualne grzybobranie.

Jez. Drwęckie OW Bajka

7

2017-09-22 (piątek)

19:00

Kolacja – grill, szanty, ognisko, tańce

OW Bajka

8

2017-09-23 (sobota)

8.30-9.00

Śniadanie

OW Bajka

9

2016-09-23 (sobota)

9.15

Wyjazd autokarem do Elbląga

 

10

2017-09-23 (sobota)

13.00-17.00

17.30

Rejs statkiem po pochylniach do Buczyńca (obiad na pokładzie statku)

Powrót autokarem do Bajki

 

11

2017-09-23 (sobota)

19.00

Kolacja ??????  :)

OW Bajka

12

2017-09-24 (niedziela)

9:00-9:30

Śniadanie

OW Bajka

13

2017-09-24 (niedziela)

10:00

Zajęcia na wodzie oraz egzamin na ITŻ

OW Bajka Jez. Drwęckie

14

2017-09-24 (niedziela)

13:30

Uroczyste zakończenie

OW Bajka

15

2017-09-24 (niedziela)

14:00

Obiad - Wyjazd

 

 

Ramowy program Zlotu w zależności od pogody i sytuacji organizacyjnej może ulec pewnym modyfikacjom, nie mniej organizatorzy dołożą wszelkich starań, aby wszystkie zaplanowane elementy Zlotu odbyły się w przedstawionej kolejności.

Wszyscy uczestnicy zlotu otrzymują pamiątkowe butony i są podczas pobytu dodatkowo ubezpieczeni przez firmę AXA. Odpłatność dla członków PTTK – 370.00 zł od osoby, pozostali 390.00 zł.

Wypełnioną Kartę Uczestnika proszę wysłać do dnia 05.09.2017 r. pocztą elektroniczną na adres Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. oraz Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript. Dodatkowe informacje pod nr telefonu: 602-451-456, 608 525 548

Wpłaty za udział w zlocie, również do dnia 05.09.2017 r. proszę przekazać na konto Pruszkowskiego Oddziału PTTK, 05-800 Pruszków, ul. Bol. Prusa 3 Nr. 35 1750 0012 0000 0000 3375 5667 koniecznie z dopiskiem „Bajka 2017” oraz nazwiskami osób za które jest wpłata.

Współrzędne geograficzne dla OW Bajka: 53.7277123N, 19.9115395E

KARTA UCZESTNIKA

Schronisko "Przysłop" - Barania Góra,15.06.2017, godz. 15.00.  Sztandarowy Rejs Żeglarsko - Motorowodny PTTK "Królowa Wisła 2017", od km "O" spławalnej Wisły w Broszkowicach koło Oświęcimia do Gdańska i Westerplatte.

Chcemy pokonać Kaskadę Górnej Wisły ze "sławną" już śluzą Przewóz. Pokazać piękno rzeki i postępujących zmian na jej brzegach, urodę mijanych miejscowości oraz przepięknych miejsc ulokowanych nad rzeką.
Zapraszamy wodniaków, nie tylko spod bandery PTTK, do wzięcia udziału w rejsie aby wspólnie pokazać, że Wisła to nie tylko niebieska kreska na mapie, ale organizmem który żyje i daje żyć. Wisła wcale nie jest ostatnią "dziką rzeką Europy", Wisła jest czasem krnąbrna, rwąca i nieprzewidywalna, czasem oschła i płytka, lecz zawsze piękna i majestatyczna.

Swą przygodę z rzeką w symboliczny sposób rozpoczęliśmy w dniu 15.06.2017 r. o godz. 15.00 przy schronisku Przysłop na stokach Baraniej Góry, obok jachtu  z postawionymi żaglami, a część wodną zaczynamy w dniu 17.06.2017 r. o godz. 17.00 w Broszkowicach koło Oświęcimia, od wręczenia Certyfikatów Km "0".
W ciągu 6 tygodni przepłyniemy całą rzekę by na Westerplatte w dniu 30.07.2017 r o godz. 12.00, w asyście wojskowej, podczas uroczystego apelu wręczyć upominki     i nagrody, a tym, którzy uczestniczyli w całym rejsie Złotą Odznakę "Szlak Wisły 941,3 km" i zakończyć rejs.

Jak każdy rejs po wodach zatokowych i morskich wymaga bardzo starannego przygotowania, zwłaszcza, kiedy dotyczy to łodzi mieczowych. Już w lutym zaopatrzyłem się w niemieckie mapy marskie, edycja z 2015 r., dodatkowo wydawnictwo „Wybrane porty Niemiec Wschodnich” J. Kulińskiego, zdecydowanie ułatwiły mi przygotowanie trasy i harmonogramu rejsu. Projektowany udział około 11-12 łodzi sprawiał dodatkową trudność organizacyjną sprowadzającą się do tego, że w wielu portach czy marinach w Niemczech nie ma aż tylu miejsc postojowych dla gości. Większość miejsc zajmują rezydenci, którzy jak widać po stanie łódek bardzo rzadko na nie zaglądają. Najważniejsze to ustalenie trasy, długość dziennych przelotów, doliczenie czasu na ewentualne postoje „pogodowe”, potem żmudne wyszukiwanie w internecie adresów do hefenmajstrów zaplanowanych w harmonogramie marin i na koniec korespondencja w sprawie pobytu. Niestety różnie z tymi adresami bywało, różnie też z odpowiedziami na pytanie o możliwość pobytu tak licznej grupy. Po ostatecznych zmianach w harmonogramie, uznałem, że podczas trzytygodniowego rejsu odwiedzimy piętnaście portów. Pozostały czas przeznaczony był na zwiedzanie odwiedzanych miejsc.

Aby utrzymać chronologie czasu i miejsc, zacznę od miejsca startu rejsu.

Camping Marina PTTK, położona jest na płd. brzegu jez. Dąbie. Miejsce to wymaga dłuższego opisu, bo nie na co dzień spotyka się w żeglarskiej wędrówce takie przyjazne miejsca. Pomimo że marina trochę nawietrzna, zwłaszcza przy płn. wiatrach, to infrastruktura ośrodka: media i woda na pomostach, duże przestronne sanitariaty, zmywalnia, tawerna, a przede wszystkim gościnność gospodarzy Oli i Andrzeja Kocewiczów, warta jest szczególnego podkreślenia i uznania.

Poza tym mnóstwo zieleni i kwiatów, które są oczkiem w głowie gospodyni, zaś drewniany żaglowiec s/y Olander, to przykład kunsztu szkutników, którzy pod wodzą Andrzeja potrafili z powrotem wskrzesić porzucony stary drewniany kuter i zwrócili duszę jednostce, która teraz w podzięce Armatorom wygrywa liczne regaty oldtimerów.


Chaeau bas dla Gospodarzy mariny, z życzeniami oby mogli zawsze przyjmować żeglarzy i turystów dodatkowo zachęconych do przyjazdu posiadaniem przez marinę prawa do używania znaku „Błękitnej Flagi”, w międzynarodowym projekcie dotyczącym promocji ochrony środowiska w miejscowościach nadmorskich, kąpieliskach i przystaniach jachtowych. Również panującą w ośrodku atmosfera, życzliwość i uczynność gospodarzy to prawdziwy magnes przyciągający odwiedzających.

Po uroczystej kolacją w dniu 25.06.16 r, załogi już spragnione żeglugi, z niecierpliwością czekały na pierwszy etap rejsu do Stepnicy. Szybka ranna odprawa zmieniająca trasę odcinka, tak, aby można było się zatrzymać na godzinę przy Wałach Chrobrego w Szczecinie i wszyscy w znakomitych humorach wychodzimy „na wodę”. Pogoda dopisuje, wiatr również, więc około 16.30 wchodzimy do wąskiego, długiego kanału będącego jednocześnie przystanią w Stepnicy. Niestety prawy brzeg zajęty prawie do samego Zalewu, nam po rekonesansie w głębi kanału pozostaje cumowanie na jego lewym brzegu, kilkaset metrów od toalet i bosmana !!. Ot proza, ale jak się nie ma co się lubi, to się lubi co się nie lubi, dobrze, że tylko jedna noc. Dzień następny to przelot do Nowego Warpna, ostatniej mariny po polskiej stronie Zalewu. Specjalnie płyniemy lewym brzegiem, aby zobaczyć, czy po ostatniej zmianie Gospodarza, coś się zmieniło się w Trzebieży?.

Niestety, na razie raczej wieje grozą, zarośnięty, pusty teren i kilka samotnie stojących przy kei jachtów.

Nawet wychodząc dość daleko w wody Zalewu Szczecińskiego (płycizny i sieci na lewym brzegu), przy sprzyjającym i tężejącym cały czas wietrze, dość szybko docieramy za Nowego Warpna. Tam konkretna postura bosmana, zdecydowane polecenia i pomoc przy cumowaniu, pomagają przy szybkim zajęciu miejsc przy pomostach. Sama przystań niewiele się zmieniła, (ale jest wszystko, co potrzeba żeglarzowi), za to same Nowe Warpno to już zupełnie inna miejscowość. Gdyby nie układ ulic naprawdę trudno go poznać. Odnowione kamieniczki w Rynku, zmienione lub wyremontowane uliczne bruki, bardzo ładnie, nie szablonowo zaprojektowana wieża widokowa z bezpłatną lunetą, aleja żeglarskich gwiazd, a przede wszystkim nowy bulwar i zagospodarowanie brzegu Jeziora Nowowarpieńskiego, robi bardzo pozytywne wrażenie. Przy słonecznej, choć trochę wietrzej pogodzie wielu uczestników rejsu zdecydowało się na dłuższe spacery. Zastanawiający jest tylko brak wykorzystania terenu po byłym urzędzie celnym. Terenu z położoną „kostkową” nawierzchnią, łatwym dojazdem i oznakowanym podejściem od strony wody.


Atrakcyjność miejsca i zachęcajaca pogoda sprzyjały wieczornej biesiadzie pod rozłożystą topolą. Dodatkowe muzyczne uatrakcyjnienie spotkania dzieki grze Mariusza-gitara i Grzesia –organki, mnóstwo harmonijek ustnych, przyciagneła do wspólnego stołu innych gości mariny.

Coraz bardziej wietrzna pogoda w drodze do Ueckermünde, wymusza od wszystkich uczestników rejsu sporej uwagi i staje się najlepszym egzaminem umiejętności i przewidywania. Dodatkowo mordewind, wszędobylskie sieci poza forwaterem i płycizny a pod koniec etapu deszcz, tak najkrócej można podsumować pierwszy „niemiecki” odcinek rejsu. Zmęczeni ale i zadowoleni cumujemy przy lewym brzegu Wkry, w JachtClub Ueckermünde, około 2,5 km od ujścia rzeki, za to bardzo blisko ładnego miasteczka.


Nauczeni poprzednim dniem, w trasę do przystani w Karmin, tuż za pozostawionymi na końcu Zalewu fragmentami starego mostu zwodzonego, wyruszamy już o 7.00 rano. Ale jak to bywa z Neptunem, dodatkowo obłaskawionym poprzedniego dnia odpowiednimi płynnymi darami, powiał nam wschodni wiatr i już po niecałych trzech godzinach mijamy miejsce planowanego postoju. Krótki rzut oka na mapę i płyniemy w kierunku zwodzonego mostu w Zecherin, tym bardziej, że informacje w locji wskazują na jego otwarcie o godz. 12.00. Upewnia nas jeszcze w tym spora grupa nie tylko niemieckich jachtów, oczekujących po obu stronach mostu. Szybko jednak przekonujemy się, że jesteśmy jednak we wschodnich Niemczech. Godzinne oczekiwanie przed mostem, czyli pływanie w kółko, po niewielkim akwenie i nasilającym się wietrze, powoduje nerwowe reakcje wszystkich oczekujących. Jak udaje się nam dowiedzieć, nawet telefony wykonywane w tej sprawie przez Niemców niczego nie wyjaśniają. Co ciekawe dokładnie to samo spotyka nas w drodze powrotnej, też sporo oczekujących jachtów po obu stronach mostu i godzinne opóźnienie w jego otwarciu.


Przy sprzyjającym baksztagu a potem półwiatrach szybko docieramy do Lassan, z małą, ale bardzo sympatyczną i do tego tanią mariną. Przemiła bosmanka skasowało ode mnie 4,9 € za 7 metrowy jacht, prąd w cenie cumowania + po 0,5 € za toaletę i prysznic. Nic tylko cumować, o tej marinie napisze jeszcze dzieląc się wrażeniami z drogi powrotnej.

Na następny dzień, wiedząc, że do Wolgastu pozostał nam już niewielki odcinek wcale nie spieszymy się z wyjściem z mariny, a przed nami ponownie zwodzony most, już w samym mieście. Tutaj na szczęście, most jest otwierany punktualnie i za chwilę, na lewym brzegu cumujemy w marinie Horn. W marinie, która lata swej świetności ma już dawno za sobą, niby na pomoście jest prąd i woda (dla niepoznaki kran oznakowany symbolem niezdatności wody do picia), ale samo pokrycie pomostu to całkiem długi przegląd materiałów, z których został łatany. Do tego godziny urzędowania hafenmajstra i otwarcia toalet nie dają się w żaden racjonalny sposób wytłumaczyć. Niby wszystko na miejscu, ale robi całkiem nie niemieckie wrażenie. Za to Wolgast- stare hanseatyckie miasto robi bardzo pozytywne wrażenie, warte dłuższego spaceru o różnych porach dnia. Tutaj, niedaleko przystani, w starym spichlerzu przerobionym na restauracje, zaopatrzeni w akcesoria kibica, razem          z Niemcami oglądamy mecz Polska –Portugalia. Po rzutach karnych wielu z nich oklaskami gratulowało nam tak żywiołowego kibicowania, co choć trochę zmniejszyło nasz smutek po przegranym meczu.


Fajne chwile szybko mijają i po dwóch dniach pobytu w marinie Horn wypływamy do Greifswaldu. Sprzyjający, choć dość silny wiatr 4-5°B szybko prowadzi nas do ujścia rzeki Ryck, nad którą około 3-4km w górę rozłożył się hanseatycki Greifswald. Zaraz po wpłynięciu w rzekę mijamy charakterystyczne żółto-niebieskie, półkoliste wrota przeciwpowodziowe, za którymi na lewym brzegu rzeki leży Jachtcklub Wieck. Idealne miejsce z y-bomami do poczekania na podniesienie (zgodnie z rozkładem) następnego mostu zwodzonego, zamykającego nam drogę do samego miasta.

Samo miasto Greifswald to temat na osobną historię, historię sięgającą początków XIII w. Czyste, zadbane, ze staranie odrestaurowaną Starówką.

Na miejscu cumujemy prawie w samym centrum, w Marinie Yachtzentrum, w sporej zatoczce na lewym brzegu rzeki, w otoczeniu niewysokich apartamentowców, z porządną infrastrukturą brzegową. U hafenmajstra wszystko załatwiamy szybko       i sprawnie, otrzymujemy żółte czipy, na których zakodowane są wszelkie informacje o łódce i wykupionych usługach. Służy on również do otwarcia, nieco schowanego za wiklinowym parawanem wydzielonego terenu do wyrzucania śmieci, oczywiście        w pełni posegregowanych. Niestety deszczowa, choć ciepła pogoda nie sprzyja specjalnie na dłuższe spaceru, jesteśmy jednak pod wrażeniem stojących wzdłuż nabrzeża rzeki starych jachtów i małych żaglowców, wracając na przystań mijamy budynki zlikwidowanej stoczni, w której rekonstruowane są pieczołowicie stare drewniane łodzie. Dokładnie miejsce to opisał A. Colonel Remiszewski w swojej relacji na stronach SSI J. Kulińskiego - http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=2996&page=0.

Tak jak w Wolgaście i tutaj dwa dni szybko przelatują, trzeba szykować się do przeskoku do celu naszego tegorocznego rejsu – Stralsundu.

W dalszym ciągu Neptun nam sprzyja, więc bez problemów docieramy w pobliże ostatniego w tę stroną rejsu mostu zwodzonego. Nowoczesny, bardzo wysoki most, otwarty w 2007 roku łączący Rugie ze stałym lądem, prezentuje się okazale i nie jest żadną przeszkodą nawet dla jachtów z bardzo wysokimi masztami. Pozostaje do pokonania most, który na szczęście punktualnie i często jest otwierany. Mając jeszcze kilka minut czasu do jego podniesienia, w towarzystwie kilkunastu jachtów, oglądamy widoczne już z daleka Oceanarium i stojący przy nabrzeżu, jako muzeum żaglowiec Gorch Fock II.(dawny Tawariszcz), dodatkowo warto przeczytać http://www.kulinski.navsim.pl/art.php?id=2969&page=30.


Choć w Stralsundzie jest kilka przystani, my na bardzo miłe zaproszenie cumujemy w Stralsund Citymarina. Nie jest to najtańsze rozwiązanie, o wyposażeniu mariny nie będę pisał - jest wszystko, ważne, że bliskość wszystkiego, co można a nawet trzeba zobaczyć, rekompensuje finansowy ból przy kasie hafenmajstra.

W Stralsundzie koniecznie trzeba zobaczyć Oceanarium, choć nie tanie, wydaje się warte zobaczenia, dalej Muzeum Morskie, uroczą Starówkę. O klasie miasta i jego walorach niech świadczy fakt, że na początku XXI w, miasto zostało wpisane na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Można godzinami krążyć po jego wąskich, tajemniczych uliczkach i zawsze znajdzie się coś ciekawego, nowego czy zaskakującego. Ale to już zbyt subiektywne odczucie, aby je tutaj dalej rozwijać. Po prostu warto tutaj przyjechać i samemu się przekonać.


Wszystko dobre jednak kiedyś się kończy, czas wracać do Polski. Z mariny wypływamy przed 8.00, aby zdążyć na pierwsze otwarcie mostu w tym dniu. Płyniemy do Gager, ładnej przystani zastawionej od wschodnich wiatrów dość wysoką, zarośniętą moreną. Wiatr, jak to wiatr, nie pyta się nikogo skąd ma wiać, potrafi mieć ułańska fantazję. Wypływając ze Stralsundu wiedzieliśmy z prognozy pogody, że wiatr będzie tężał z SWW, ale nic nie było mowy o karuzeli kierunków.  W jednej chwili płynęliśmy baksztagiem, by za moment ostrym bajdewindem, a potem w sporym przechyle, ale półwiatrem. Ciekawe doświadczenie.

Po zacumowaniu w Gager, miejscowości typowo letniskowej, z mnóstwem przepięknych starych domków i nowoczesnych bungalowów do wynajęcia, czekała na nas grochówka, przygotowana przez Rysia, naszego rejsowego specjalistę od gotowania. Z mnóstwem kawałków mięsa, z należytą porcją majeranu i dobrze rozgotowanym, moczonym grochem. Mniam, mniam, są dania, które tylko  w specyficznych sytuacjach, w gronie ludzi, którzy chcą ze sobą przebywać, mogą tak smakować.


Wieczorem wiatr się zmaga, prognozy mówią o 8°B w dniu jutrzejszym, to zdecydowanie za dużo na nasze łódki. Na szczęście w harmonogramie rejsu mamy przewidziany ten dzień, jako tzw. bosmański. Czas na dokładniejsze zwiedzanie miasteczka i ładnej okolicy. Na dole w porcie, zasłonięci od wiatru, raczej go słysząc niż widząc na wodzie, nie zauważamy, co się dzieje na odkrytym na otwarte morze odcinku naszego rejsu. Silny wschodni wiatr wpycha ogrom wody do Zatoki Greifswaldzkiej, podnosząc jej poziom. Z niepokojem przeglądam prognozy pogody na różnych portalach na następny dzień, wiatr ma ucichnąć, ale niestety zafalowanie pozostanie, woda musi wrócić do Bałtyku. Rano wieje 2-3°B z SWW do W, czyli przyzwoicie, gdyby nie fala. Około 14.00 wychodzimy z Gager w kierunku Peenemunde, buja okropnie pomimo półwiatru, na szczęście nie jest specjalnie daleko. Po niecałych trzech godzinach chowamy się za cypel i wpływamy do przystani miejscowego klubu żeglarskiego. Zastawieni od wiatru betonowym nabrzeżem, na wszelki wypadek zakładamy dodatkowe szpringi. Noc przebiega spokojnie, fala się wypłaszcza, wiatr siadł prawie zupełnie.

Następny dzień to piękna słoneczna pogoda, idealna do całodziennego zwiedzania ulokowanego w starej elektrowni muzeum V1 i V2 oraz poradzieckiej łodzi podwodnej. Obowiązkowy punk zwiedzania dla tych, którzy są w pobliżu lub pierwszy raz. Tutaj tez rozstajemy się z załogą Plutka - Elą i Mariuszem, którym kończy się już urlop i muszą wcześniej wracać do Polski. Szkoda, bo to bardzo fajna para.


Dalej już zasłonięci z obu stron od otwartego morza, szybciutko płyniemy dalej, ponownie do Lassan. W programie rejsu pobyt planowany był w niedzielę, ale zachęceni ceną postoju i wiedząc z internetu, że w sobotę mają się odbyć tam miejscowe neptunalia, ryzykując, że nie znajdziemy miejsca do cumowania, podpływamy do przystani. I tutaj niespodzianka, wczesna pora pozwala nam spokojnie zacumować po wewnętrznej stronie pomostu i oczekiwać na wymienione w komunikatach atrakcje. Jakieś dwie godziny później, na przystani nie można już wetchnąć przysłowiowej szpilki. Popołudnie i wieczór upływa nam na luzie                  i rozrywkowo. Przygotowana scena, liczne konkursy dla dzieci i dorosłych, same zabawne neptunalia w niemieckim wykonaniu, potem wieczorne tańce ze spokojną muzyką, to najkrótszy opis tego wieczoru.

 

Również i nam czas nie pozostawia większej swobody, musimy trzymać się planu rejsu. Z Peenemunde, omijając tym razem Wolgast płyniemy do Usedom, maleńkiej zacisznej przystani, w niewielkiej zatoce wyspy Uznam. Nieduży kanał o betonowych ścianach robi za przystań. Wcześniej pewnie cumowały tu spore kutry rybackie, nie mniej zacisznie i spokojnie. Prąd i woda na miejscu, przybyła samochodem bosmanka skasowała niewielkie pieniądze, spytała się czy nam czegoś nie potrzeba i odjechała. Pojawiła się na następny dzień wcześnie rano, posprzątała WC, pokręciła się jeszcze chwilę i ponownie znikła.

Samo Usedom, to senne, sprawiające wrażenie wymarłego miasteczko. Ładne, z odrestaurowanym centrum, z Rynkiem i Ratuszem, dwoma dużymi sklepami znanych sieci i .. tyle. Warte odwiedzenia, na chwilę.

Po sprawdzeniu prognoz pogody decydujemy, że ze względu na zachodni wiatr i bardzo nawietrzny z tego kierunku port w Kamminke, płyniemy ponownie do Nowego Warpna. Tym bardziej, że kierunek wiatru aż zapraszał do zawinięcia do pierwszego portu w Polsce. Tutaj witani jesteśmy prawie jak swoi, szybka i sprawna pomoc bosmana i bezpiecznie stoimy przy nabrzeżu.

Jako ze kierunek wiatru się utrzymuje, następnego dnia robimy szybki przeskok przez Zalew Szczeciński do Wapnicy, na jez. Wicko Wielkie. Położona prawie przy płn. brzegu jeziora przystań, w długim wąskim kanale nie robi na mnie najlepszego wrażenia. Nie mniej po wpłynięciu do przystani, szybkiej reakcji i pomocy bosmana przy cumowaniu łodzi przy dopychającym wietrze, przekazanej pełnej informacji o warunkach, cenach i regulaminie przystani, szybko zmieniłem zdanie. Bezpieczne, betonowe nabrzeże, z mediami, w głębi przystani y-bomy, nowy piętrowy budynek bosmanatu z pełnym węzłem sanitarnym, całodobową ochroną kamer, ogólnie dostępna jadalnia z wyposażeniem, życzliwość i uczynność obsługi robi bardzo pozytywne wrażenie. Z przyjemnością spędziliśmy tu dwa dni, odwiedzając przy okazji Międzyzdroje, Turkusowe Jezioro w Wolińskim Parku Narodowym oraz Muzeum V3 w Zalesiu.


Mając w zapasie jeszcze jeden dzień rejsu, postanowiliśmy odwiedzić dodatkowo Wolin, zachęceni informacjami o oddaniu w 2015 r do użytku żeglarzy nowej przystani. Pamiętając z poprzednich lat jak wyglądało oczekiwanie na dwukrotne      w ciągu dnia otwarcie mostu drogowego, chciałem zweryfikować te informacje. Cóż, budynek piękny, ze wszystkimi bajerami, kuchnią z kuchenkami mikrofalowymi, ekspresami do kawy, zmywarkami, pralkami, suszarkami itd., ładna przestronna jadalnia (przynajmniej ustawienie stołów mogło to sugerować), ale obsługa!?. Bosmana w dniu przypłynięcia w ogóle nie widzieliśmy, choć w regulaminie przystani wyraźnie zaznaczono, że tylko on może wyznaczyć miejsce do cumowania. Może dla tego, że dość mocno padało. Panie w biurze były bardzo niezadowolone, że wszedłem uiścić opłaty w mokrej kurtce, a moja prośba o wystawienie faktury spowodowała na twarzy Pani Biurowej grymas jakby przed chwilą wypiła kubek soku z cytryny. Nasza prośba o pozwolenie skorzystania z jadalni, gdyż pogoda nie sprzyjała spotkaniom na kei, wzbudziła również ogromne podenerwowanie, a nuż postawimy gorący kubek z herbatą na nowych stołach, pobrudzimy, porozlewamy i w ogóle spowodujemy jakieś małe tornado. Na nasze zapewnienia, że po naszym wyjściu wszystko pozostanie w stanie zastanym, nie wzbudziły zaufania. Panie cały czas spacerowały po sali, nachalnie przyglądając się, co robimy. Jakiś koszmar odstraszający żeglarzy, tym bardziej, że nic nie zmieniło się także w częstotliwości otwarcia mostu w Wolinie, dalej tylko dwa razy dziennie. To jakieś nieporozumienie na cenionym przeze mnie Zachodniopomorskim Szlaku Żeglarskim.

Generalnie, Szanowne Panie robiły wszystko, aby później nic nie robić, pozostawiając w nas duży niesmak, a na pewno brak chęci reklamowania tego miejsca komukolwiek.  Poddaje to pod uwagę dyrekcji MOSiR w Wolinie.

Zupełnie odwrotnie postępują właściciele i obsługa w Camping Marinie PTTK nad jez. Dąbie czy bosmani na przystani w Wapnicy. Jeszcze raz dziękuję im w imieniu uczestników i swoim własnym, za pomoc i życzliwe przyjęcie w swoim marinach. Dzięki. Czyli mogą być BOSMANI i niestety tylko pracownicy przystani.

Aby nie skończyć swojej relacji w tak minorowym nastroju, podsumuje nasz rejs i wrażenia z niego tymi słowami.

Absolutnie nie mamy się, czego wstydzić w Polsce, jeżeli chodzi o standard i lokalizacje powstałych przystani. Przepływając w 2014 i 2015 roku rzekami i kanałami zachodniej Europy prawie 3400 km, twierdzę, że większość odwiedzanych miejsc nie dorównuje tym naszym, wybudowanym za unijne pieniądze, w najnowszych standardach i technologiach. Oni mają przystanie z tradycją, a my nowoczesne przystanie. Może zabrzmieć to jak banał, ale proszę spojrzeć na mariny już wymienionego przeze mnie wcześniej Zachodniopomorskiego Szlaku Żeglarskiego, Pętli Żuław i Zalewu Wiślanego, czy Pętli Wielkopolskiej, nie wspominając o wielu pojedynczych przystani na Mazurach, Jezioraku, Wdzydzach. Trochę tak jak w przysłowiu -„cudze chwalicie, swego nie znacie”. Brakuje nam wystarczającej ilości dobrych locji, a przynajmniej przewodników po nowych szlakach wodnych, koniecznie w zrozumiałym dla gości językach, a przede wszystkim promocji, promocji i jeszcze raz promocji. Dalej niestety pokutuje u zachodnich wodniaków przekonanie, że dalej od Odry na wschód nic nie ma (czytaj pływają dłubanki i nie ma oczywiście gdzie się zatrzymać). Sami się boleśnie o tym przekonaliśmy, rozmawiając z zachodnimi turystami wodniakami na temat ich planów rejsowych na następne lata. Przekazywaliśmy im zabrane z Polski materiały dotyczące Pętli Wielkopolskiej i Żuławskiej, locje i informatory ładnie edycyjnie wydane po niemiecku i angielsku, pokazywaliśmy własne zdjęcia z rejsów, niestety rozmowa zazwyczaj kończyła się w momencie pytania o gwarantowaną głębokość na wymienionych szlakach. Zdaje się, że jest to niestety jedyna rzecz, którą nie będziemy mogli nigdy im zapewnić!!.

A wracając do samego rejsu, przy dokładnym przygotowaniu trasy, odrobinie doświadczenia i zdrowego rozsądku można pływać w grupie na małych łodziach mieczowych wzdłuż każdego wybrzeża. Nie trudność w pokonaniu takiej trasy jedną łodzią, trudność przygotować i usatysfakcjonować wielu.

Dziękuję wszystkim uczestnikom rejsu, że chcieli ze sobą być, że co roku chcą poznawać nowe akweny, że można pod wspólną banderą PTTK tworzyć fajną ekipę.

Dziękuję przede wszystkim mojemu Kochanemu Dziubkowi, że jest i chce razem ze mną pływać.

Komandor rejsu

na swoim i za swoje, zawsze w kamizelce

Wojtek Skóra

Relacja XXXIV Kurs i Zlot Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK

„Załęcze Wielkie 24-27.09.2015”

Tradycyjnie, jak co roku Kurs i Zlot Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK odbył się w innym miejscu niż w roku poprzednim. Krajoznawstwo w nazwie Towarzystwa zobowiązuje, a i przyjemność jest o tyle większa, że większość uczestników nigdy nie miałaby możliwości odpoczywać i zwiedzać miejscowości, wybranych przeze mnie na miejsce zlotu. Tegoroczny Zlot odbył się w Załęczu Wielkim, nad Wartą, pośrodku Załęczańskiego Parku Krajobrazowego.

Przygotowując program tegorocznego zlotu czułem odrobinę niepokoju, zeszłoroczny zlot i przyjęcie, jakie zgotowali nam gospodarze w Serpelicach, wyniosło na bardzo wysoki poziom wymogi stawiane organizatorowi i przyszłym gospodarzom zlotów. Na szczęście przepiękna okolica, rozległy teren Zawierciańskiego Grodu, przyzwoite pokoje i położenie, zaraz po przyjeździe sprawiły bardzo dobre wrażenie i rozwiały podświadome wątpliwości. W tym miejscu należą się słowa uznania dla Gospodyni Ośrodka Pani Krystynie Mikita. Za wysoki profesjonalizm w prowadzeniu ośrodka oraz za pomoc przy organizacji Zlotu.

Jak zawsze pierwszy dzień zlotu rozpoczął się od kolacji, jednak różna pora przyjazdu uczestników zlotu, nie do końca sprzyjała wspólnym wspominką. Choć ciepły czwartkowy wieczór pozwalał na zwiedzanie terenu ośrodka, jego położenie nad Wartą, przepięknymi zakolami, zmęczenie i trudy drogi zrobiły swoje. Szybko zapadłą cisza i tylko najbardziej wytrwali mogli rozkoszować się ciszą lasu, słuchać odgłosów wody, wręcz odczuwać czystość powietrza. Sen w takich warunkach zawsze jest błogi i zazwyczaj wydaje się nam, że za krótki.


Piątkowy, słoneczny i ciepły poranek, rozpoczęliśmy w doskonałych humorach, od bogatego w wyborze i sytego śniadania, by już o godzinie 9.30 siedzieć w zamówionym autobusie. Nasz kierowca, pan Darek, świetnie wywiązywał się ze swojej roli drajwera i szybko oraz bezpiecznie woził nas po ustalonej trasie. A piątkowa marszruta przebiegała przez Ożarów, z Muzeum Wnętrz Dworskich oraz zabytkowym wiatrakiem, dalej do Biskupic i Grodu Byczyna, by na koniec zawitać do samej Byczyny, jedynego miasta w Polsce, w którym niemal w całości zachowały się średniowieczne mury obronne.


Przyjeżdżając do Ożarowa, w progach świetnie zachowanego dworu, zbudowanego pod koniec XVIII w. przez W. Bartochowskiego, witał nas jego dyrektor, a zarazem przewodnik pan Paweł Mikołajczyk. Z pieczołowitością odnowione wnętrza, wyposażone w meble, sprzęty i ozdoby z epoki, doskonale ze sobą współgrały, a barwne opowieści o byłych gospodarzach dworku, ich losach, historie niektórych przedmiotów opowiadane przez naszego kustosza, były wysłuchiwane z ogromnym zainteresowaniem. Po zwiedzeniu samego dworku pojechaliśmy zwiedzić stary wiatrak, również pieczołowicie odbudowany, z dokładnie odtworzoną maszynerią wewnątrz wiatraka, pozwalająca przy pomocy kamiennych żaren mielić dowolny gatunek zbóż na mąkę.


Kilkukilometrowa droga do Grodu Byczyna bardzo szybko nam minęła, tym bardziej, że przejeżdżaliśmy przez bardzo zadbane, czyściutkie, z mnóstwem zieleni, wsie i miasteczka. Sam Gród Byczyna to współcześnie wybudowana nad brzegiem jeziora replika średniowiecznego grodu. Po ogromnym, ufortyfikowanym owalu grodu, oprowadzała nas przewodniczka, a jakże w stroju z epoki. Barwne opowieści o elementach i przeznaczeniu poszczególnych części grodu, wzbudziły nasz podziw i uznanie. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że Gród od kilku lat jest miejscem rozgrywania międzynarodowych turniejów rycerskich, a Opolskie Bractwo Rycerskie, które ma tu swoją siedzibę, również od wielu lat bierze udział w corocznej rekonstrukcji bitwy grunwaldzkiej.


Po obejściu grody blankami i zapoznaniu się z ich budową i przeznaczeniem obronnym, udaliśmy się na zewnętrzny plac, poza grodem. Tutaj ustawione dwie grubaśne, drewniane tarcze, pozwoliły nam na spróbowanie swoich sił w rzucie do celu nożami i toporami. Zabawy i śmiechu było co nie miara, gdyż wbrew pozorom, umiejętności tych nie wysysa się z przysłowiowym „mlekiem matki”. Dopiero wielokrotne próby, długie wędrówki po „przestrzelone” noże i topory, dawały oczekiwane rezultaty. Podsumowaniem pobytu w Grodzie Byczyna był serwowany obiad, w ozdobionej zbrojami i bronią izbie rycerskiej.


W drodze do Załęcza zatrzymaliśmy się w Byczynie, by, choć przez kilkanaście minut pospacerować po starym rynku, urokliwych uliczkach miasteczka mającego średniowieczny rodowód.


Po powrocie do Załęcza, mieliśmy chwilę dla siebie, aby o godzinie 20.00 udać się na wspólnego grilla. A co tam nie było: żurek, pieczone ziemniaczki, bigos i szaszłyki, kaczek, kaszanka i kiełbaski na rożen. Choć trochę ciasno, przynajmniej na początku, później znakomicie prowadzona przez DJ część muzyczna rozluźniła ścisk, gdyż większość uczestników zlotu próbowało od zaraz zrzucić dopiero, co skonsumowane kalorie. Muzyka, taniec i wspólne śpiewy skończyły się dopiero po północy.

Sobotni poranek przywitał nas doskonałą pogodą, bardzo ciepło jak na tę porę roku, bezwietrznie, prawdziwe polskie „babie lato”, usposabiała do spacerów i pobytowi na świeżym powietrzu. Sprzyjały temu też atrakcje okolicy i rozległy teren ośrodka. Część uczestników zlotu promem przepłynęła przez Wartę i udała się na 3,5 km spacer do urokliwie obudowanego źródełka, położonego w sosnowym lesie. Kilku młodszych zlotowiczów postanowiła wypożyczyć sobie kajaki, by, choć przy niskim stanie rzeki, zwiedzić od strony wody najbliższą okolicę. Zainteresowaniem również cieszyły się rowery, które można było wypożyczyć w ośrodku.


Pozostali zainteresowani oraz wszyscy uczestnicy kursu Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK wzięli udział w zajęciach szkoleniowych. Pierwsza część prowadzona przez Pawła Czudowskiego obejmowała przygotowane wcześniej przez Maćka Grzemskiego, dwa bloki zagadnień. Bezpieczeństwo na jachcie i w porcie oraz etykieta żeglarska. Ja prowadziłem część dotyczącą kompleksowej wiedzy o meteorologii oraz zjawiskach decydujących o stanie pogody. Całość szkoleń przygotowano w formie prezentacji, z wieloma slajdami i zdjęciami pokazującymi środki bezpieczeństwa, pirotechnikę, duży i mały kod flagowy, poszczególne zjawiska przyrodnicze i meteorologiczne. Tak upłynął czas do obiadu, którzy z przyjemnością spałaszowali wszyscy „dotlenieni” na wycieczkach i biorący udział w szkoleniach.


Sobotnie popołudnie przeznaczone było na wspomnienia z mijającego sezonu, opowieści o przeżytych przygodach, planach na przyszłość.

Wieczorna uroczysta kolacja była dla wszystkich dużą niespodzianką, inaczej ustawione, pięknie ozdobione stoły na stołówce, moja żartobliwa sugestia, że posiłek mamy tym razem przygotowany w innej sali, spowodowały spore zamieszanie i niepewność gdzie wreszcie będziemy jedli.

Tak przygotowana kolacja, smaczna i bardzo obfita, miła atmosfera, ciepełko i trochę rozleniwienie uczestników, zdecydowało, że już nikomu nie chciało się iść do przygotowanego ponownie, choć w innym miejscu ogniska. Przy wspólnych opowiadaniach, pouczających rozmowach, docenieniu jeszcze nienagrodzonych,  i tym razem wieczór minął bardzo szybko.


Ostatni dzień, a w zasadzie przedpołudnie, również po smacznym i obfitym śniadaniu, było bardzo absorbujące i ciekawe.

Wszyscy uczestnicy kursu i zlotu zostali zaproszeni do Sali konferencyjnej, w której Paweł Czudowski przygotował już czwartą wystawę z cyklu „Najlepsi wśród nas”, poświęconą pasji żeglarskiej Romualda Drążkowskiego. Naszego kolegi pływającego na przebudowanym jachcie klasy Orion, o tajemniczej nazwie własnej „Bernaś”. Wiele fotogramów z rejsów i zlotów, kserokopie pamiątkowych dokumentów i posiadanych uprawnień, w doskonały sposób oddało zamiłowanie do pływania i „żeglarskiego ducha” Romka. Pokazała również jego codzienne zajęcie, bycie duchownym i proboszczem na farze.

Wystawa ciekawie skomponowana plastycznie, z dużymi, dobrej jakości zdjęciami, przyciągnęła uwagę i zainteresowanie wszystkich oglądających.


Pobyt w sali konferencyjnej inspirował do wysłuchania wspomnień o tegorocznych rejsach. Jak zawsze bardzo barwnie opowieść o Ogólnopolskim Rejsie Żeglarsko-Motorowodnego „Bydgoszcz-Iława”, odbytego w dniach 19.06- 5.07.2015 r. wygłosił Edek Kozanowski. Sugestywna opowieść o odbytym rejsie zakończyła się oklaskami.

Następnie razem z Grzesiem Kluszczyńskim opowiadaliśmy o naszym tegorocznym rejsie odbytym po kanałach Holandii, Belgii, Francji, Szwajcarii i Luksemburga. Ponad dwumiesięczna podróż po wspaniałych, wręcz cudownych miejscach, przebytych kanałach, tunelach i pochylniach, a przede wszystkim śluzach (około 500-stanowczo za dużo), dopłynięcie Renem do Bazylei w Szwajcarii, zwiedzanie Strasburga, to ogromna satysfakcja i powód do dumy.


Po zakończeniu naszych opowieści uczestnicy zlotu udali się do swoich pokoi, aby przygotować się do wyjazdu, a uczestnicy kursu pozostali, aby uczestniczyć w ostatniej części szkolenia. Przeprowadzony, dwuczęściowy quiz z meteorologii i zjawisk przyrodniczych wyłonił zwycięzcę. Choć nie łatwy, dał możliwość sprawdzenia własnej wiedzy i pokazał kursantom, na co muszą jeszcze zwrócić uwagę podczas samokształcenia. Wartościowe nagrody książkowe wręczone uczestnikom były miłym akcentem osładzającym stres egzaminacyjny. Ostatnim punktem kursu była nauka udzielania pierwszej pomocy przedmedycznej, wykonywania sztucznego oddychania i masażu serca, układania poszkodowanego w bezpiecznej pozycji bocznej ustalonej.

Niestety pomimo wspaniałej pogody, doskonałych warunków pobytowych, proza życia i konieczność powrotu do domu zmusiła nas do wyjazdu. Zaraz po obiedzie jeszcze tylko wspólne pożegnania, mnóstwo śmiechów i żartów, ale jednocześnie zaduma nad tak szybko przemijającym czasie i ulotnością przeżytych chwil.

Na szczęście przedstawiciele Klubu Żeglarskiego Sternik z Cieszyna, oficjalnie zaprosili wszystkich uczestników kursu i zlotu Instruktorów Turystyki Żeglarskiej PTTK do Cieszyna. Obiecując znakomite warunki i zlotowe atrakcje po obu stronach polsko-czeskiej granicy. Zaproszenie, a zwłaszcza proponowany program zlotu, wszystkim poprawił humor i zachęcił do składania obietnic przyjazdu.

Dziękuję wszystkim uczestnikom kursu i zlotu za stworzenie tak wspaniałej atmosfery, za humor i uśmiech, wspólną zabawę, za udział w szkoleniach, za chęć bycia z sobą.

Komandor Zlotu

Wojtek Skóra

Do podjęcia każdego działania potrzebny jest impuls, tym większy, im dłuższa była przerwa w społecznej aktywności. Janusz Matuszyk, wspaniały żeglarz ze stolicy polskiej miedzi – Lubina, od lat uczestniczący w organizowanych przez mnie ogólnopolskich rejsach żeglarsko-motorowodnych PTTK, poderwał mnie do „lotu” stwierdzeniem „Edek, Ty musisz się nami zająć, bo kto to zrobi, jak Wojtek „wyemigrował żeglarsko” na zachód”. Wtórował mu mój przyjaciel Jurek Szychowiak deklarując swoją pomoc. Mieliśmy świadomość, że o wsparciu finansowym naszego przedsięwzięcia możemy zapomnieć, ale drobny sponsoring jego uczestników był możliwy.

Wspólnie ustaliliśmy, że spotkanie starych wiarusów na wodzie rozpoczniemy udziałem w ósmej edycji Bydgoskiego Festiwalu Wodnego „Ster na Bydgoszcz”, który staje się świętem ludzi wody i jest rozpoznawalny w Polsce i za granicą. W tak medialnej imprezie nie może zabraknąć prekursorów i niestrudzonych popularyzatorów szlaków wodnych Polski - żeglarzy i motorowodniaków spod banderki PTTK, w którą wyposażyło nas Centrum Turystyki Wodnej PTTK.

Do Ogólnopolskiego Rejsu Żeglarsko-Motorowodnego „Bydgoszcz-Iława 2015” zgłosiło się początkowo 18 jachtów – to dużo, jak na wydolność i możliwość marin na szlaku rejsu.

Z Jurkiem przystąpiliśmy do działań już w październiku 2014 r. Opracowaliśmy regulamin i program, który zamieściliśmy na stronie PTTK i przesłaliśmy listownie do sprawdzonych uczestników poprzednich rejsów. Z uwagi na specyfikę rejsu i skalę jego trudności zależało nam na udziale żeglarzy i motorowodniaków opływanych i doświadczonych.

Życie i warunki wodne (remont śluzy miejskiej w Bydgoszczy) zweryfikowały listę uczestników i ostatecznie w rejsie wzięło udział 11 załóg:

  1. Edward KOZANOWSKI z Bydgoszczy na „Beldzie”
  2. Jerzy SZYCHOWIAK z Bydgoszczy na „Marlinie”
  3. Hieronim TORBICKI za Świecia na „Zośce”
  4. Ryszard GRZEGORZEWSKI z Szamotuł na „Gniewku Radosław”
  5. Władysław LEWANDOWSKI z Trzemeszna na „Orionie”
  6. Jerzy BARTOSZEWSKI z Poznania na „Ryczce”
  7. Mieczysław KLUSZCZYŃSKI z Bydgoszczy na „Siwym”
  8. Włodzimierz SEMRAU ze Świecia na „Annie”
  9. Andrzej JODEŁKA z Płocka na „Orce”
  10. Mariusz PLUCIŃSKI z Pleszewa na „Plutku”
  11. Adam FIKERT z Radziejowa na „Niebieskim Misiu”

Reprezentowaliśmy 8 miast. Najliczniej, jak zwykle, zameldowali się wodniacy z Bydgoszczy. Wielcy nieobecni to: Janusz z Lubinia, Kaziu z Ostrowa Wielkopolskiego, Jurek z Brodnicy, Stasiu z Warszawy, Grzegorz z Torunia, Tadeusz z Warszawy, Jan z Gdyni, Tadek z Kalisza i Andrzej z Kruszwicy. Zamknęły się przed nimi wrota śluzy miejskiej w Bydgoszczy. Na tych jedenastu jachtach w różnym terminie pływało 29 żeglarzy. Rozpiętość wiekowa sięgała 80 lat. Najmłodszą uczestniczką rejsu była moja wnuczka Maja Okrajewska (6 lat), a najstarszym niezawodny Rysiu Grzegorzewski, który ukończył 86 lat. Ta różnica wiekowa to piękny przykład, że można zaczynać przygodę z żaglami i wodą od najmłodszych lat i kontynuować do 100 lat. Tę ideę propaguje nasze PTTK preferując turystykę rodzinną, wielopokoleniową pod hasłem „Turystyka łączy pokolenia”.

Już 18 czerwca spłynęli i dojechali pierwsi uczestnicy. Zacumowaliśmy przy pomoście obok niedawno otwartej Mariny miejskiej. Zwarta grupa 9 jachtów robiła wrażenie, wyróżnialiśmy się banderkami PTTK i „Steru na Bydgoszcz”.

Wcześniejsze uzgodnienia stanowiły, że w paradzie jachtów na Brdzie w dniu 20 czerwca będziemy płynąć, jako rejs po łodziach wioślarskich.

Przygotowaliśmy dla komentatora i kierownictwa imprezy tekst prezentujący załogi biorące udział w rejsie oraz przesłanie rejsu, które umieściliśmy w regulaminie i programie imprezy. Cyt.-..„Motorowodniacy i żeglarze śródlądowi zrzeszeni w klubach i oddziałach PTTK oraz nasi sympatycy postanowili spiąć „klamrą” dwa miasta – Bydgoszcz i Iławę, które swój rozwój i ciekawą historię zawdzięczają unikalnemu położeniu wodnemu. Iława walczy o miano śródlądowej stolicy żeglarstwa, a Bydgoszcz jest niekwestionowaną „Śródlądową Bramą Europy”. Dodatkowym argumentem na zorganizowanie tego rejsu była 710 rocznica nadania praw miejskich m. Iława, a za rok Bydgoszcz będzie świętować swoje 670-lecie.”

Licznie zebrani mieszkańcy Bydgoszczy i okolic obserwowali i oklaskiwali paradę jednostek pływających, w której nasza zwarta grupa wyróżniała się zdyscyplinowaniem i oflagowaniem. Kończąc paradę popłynęliśmy do Brdyujścia, gdzie gościł nas Klub Sportów Wodnych PTTK przy Klubie Inspektoratu Wsparcia Sił Zbrojnych. Członkowie tego klubu przygotowali niespodziankę w postaci grilla i ogniska żeglarskiego.

Pełni wrażeń i radości ponownego spotkania się na rejsie starych wiarusów, którzy od przeszło 40 lat w różnym składzie opłynęli wszystkie akweny śródlądowe i morskie Polski, rozpoczynając nasze wodne wędrowanie najczęściej z Bydgoszczy, podkreślając w ten sposób rolę naszego miasta, leżącego nad Brdą i Wisłą, w turystycznym wykorzystaniu naszych polskich rzek, jezior i Morza Bałtyckiego.

Wieczorem w blasku księżyca i ogniska żeglarskiego sternicy zaprezentowali swoje załogi oraz osiągnięcia żeglarskie, zawodowe i życiowe, w tle brzmiały szanty a napastliwe komary tym razem, szanując chwilę, dały nam spokój.

Z pełnych bakist wyniesiono na biesiadne stoły wszystko, co żeglarza raduje. Były nalewki własnej produkcji, wędliny i sałatki rodzimej produkcji.

Rysiu Grzegorzewski jak zwykle przygotował „pakiet startowy” dla każdego sternika – świetny smalec i wędzona słoninka uzupełniły zapasy i dopełniły rytuał, który ustanowił nasz senior. Wszystko oczywiście z umiarem, gdyż rankiem trzeba ruszać w trasę. Po wcześniejszym uzgodnieniu o godz. 10.00 w poniedziałek 22 czerwca 9 jachtów wpłynęło w otwartą śluzę. Po uiszczeniu opłat rozwarły się wrota i wypłynęliśmy na królową polskich rzek – Wisłę, która przyjęła nas wartkim nurtem i łachami piasku w tle.

Trasę do Chełmna pokonaliśmy w cztery godziny, przybiliśmy za „betonami”            w zatoczce na prawym brzegu. Siąpił deszczyk, a do historycznego grodu trzeba dojść 2 km, lekko pod górkę. Umówiliśmy się przed Ratuszem z przewodnikiem, który najpierw zaprowadził nas przed oblicze gospodarza miasta – burmistrza pana Kędzierskiego, znanego nam z poprzednich rejsów i dalej odwróconego plecami do Wisły.

Po sympatycznej wycieczce, korzystając z rodzinnych koneksji w trzech turach zjechaliśmy nad rzekę. Krótka narada i decyzja, że wpływamy w Wdę i nocujemy przy moście w Świeciu nieopodal krzyżackiego zamku. Świecie, niestety, zapraszając turystów wodnych nie zapewnia im minimum „komfortu” w postaci jakiegoś pomostu. Zacumowaliśmy przy bagnistym brzegu, z trudem wydostając się na ląd, ale nie takie przeszkody pokonywaliśmy. Nazajutrz gościł nas u podnóża odrestaurowanego zamku przewodniczący Rady Miejskiej Świecia. Dla złagodzenia niedostatków brzegowych postawił kawę i ciasto oraz umożliwił bezpłatne zwiedzanie zamku. Lokalna prasa i TV zwabiona taką ilością jachtów w centrum Świecia rozpoczęła swą dziennikarska powinność. Bez litości, szczerze, brutalnie oceniliśmy zainteresowanie władz administracyjnych i samorządowych potrzebami wodniaków – brak jakiegokolwiek pomostu, infrastruktury sanitarnej. Przewodniczący miasta nie miał tęgiej miny. Widać, że było mu przykro   i nieśmiało deklarował, że w następnej kadencji, jak go wybiorę, to się radykalnie zmieni.

Nielicznie zgromadzeni mieszkańcy, głównie rodziny i znajomi naszych dwóch świecczano – Hirka i Włodka oraz dziennikarze pożegnali nas. Nie bez przeszkód wpłynęliśmy na Wisłę. Szczególnie uważnie nawigował Włodziu, który pierwsze „frycowe” zaliczył przed mostem chełmińskim osiadając na mieliźnie. Przy tak niskim stanie wody trzeba bezwzględnie trzymać się szlaku wodnego i dokładnie czytać wodę, a najlepiej płynąć za bardziej doświadczonym żeglarzem w jego kilwaterze.

Bez specjalnych przeszkód, zgodnie z czasem, dopłynęliśmy do Grudziądza i jego dumy – nowej mariny. Przywitał nas niestrudzony „bojownik” o uczynienie Bydgoszczy miastem promieniującym umiejętnością wykorzystania swojego unikalnego wodnego położenia - Andrzej Tomczyk, były założyciel i Prezes dwóch stowarzyszeń:

¾    Bractwa Bydgoskiego Węzła Wodnego,

¾    Przyjaciół Kanału Bydgoskiego.

Jego inicjatywy i kreatywność nie znalazły zrozumienia samorządowców i władz administracyjnych Bydgoszczy (a może chodziło o przechwycenie jego i podobnych mu zapaleńców, pomysłów i inicjatyw i przypisanie sobie zasług, – jakie to polskie!).

Marina grudziądzka z zewnątrz robi wrażenie, ale jej funkcjonalność i obecna obsługa wodniaków jest absolutnie nieprofesjonalna i nieprzyjazna. Próbował łagodzić to wrażenie Andrzej T. zapraszając nas na „swoją” galerę i zapewniając oprawę muzyczną naszej wodnej biesiady w stolicy kawalerii polskiej. Było chłodno i deszczowo, ogrzewała nas jednak ciepła atmosfera spotkania. Nazajutrz tzn. 24.06 (środa) pożegnaliśmy nieprzyjazną marinę i ruszyliśmy do Tczewa. Po drodze podziwialiśmy z wody zamki krzyżackie w Nowem i Gniewie. Niski stan wody uniemożliwił nam przybicie i zwiedzanie tych zabytków, ale nie była to wielka strata, bo wszyscy pamiętają je z poprzednich rejsów. Przepływając obok Nowego pomachaliśmy Stefanowi Giełdonowi, który gdzieś tam nadal propaguje teatry lalek               i produkuje kukiełki mimo sędziwego wieku. Już nie pływa z nami, bo jego załogant osobisty szwagier Henio „odpłynął w niebieskie akweny”. Pogoda stabilizowała się na nierównym poziomie, ale słoneczko próbowało nas ogrzać. Do Tczewa dopłynęliśmy po godzinie 16.00. Sprawnie, zgodnie ze sztuką żeglarską dobiliśmy do kei, uiściliśmy stosowne opłaty i legalnie korzystaliśmy z niechętnie udostępnianej infrastruktury mariny.

Rankiem zwartą grupą udaliśmy się do słynnego muzeum Wisły, gdzie przyjęto nas sympatycznie i oprowadzono po coraz bogaciej wyposażonych salach.  Dla niektórych był to pierwszy kontakt z tą piękną placówką muzealną.

Etap Tczew – Śluza Przegalina przepłynęliśmy na średniej wodzie. Przeciwny północny wiatr i zafalowanie dla niektórych było „prysznicem”. Wrota śluzy otwarte, sprawnie przytuliliśmy się do brzegów i po uiszczeniu opłaty wpłynęliśmy na Martwą Wisłę. Mieliśmy w planie zalec na nocleg w starej śluzie i tradycyjnie zrobić ognisko żeglarskie, ale zlikwidowano mały pomost, a kamienny brzeg odstraszał swoją nieprzystępnością. Manewr w tył na lewo i popłynęliśmy do dotychczas nierozpoznanej mariny „Błotnik” na południowym brzegu rozlewiska. O dziwo!, czekała nas miła niespodzianka. Już z daleka mała architektura zabudowań zachęcała do ich odwiedzenia. Miejsc było niewiele, ale przy pomocy bosmana upchaliśmy nasze 9 jednostek. Było słonecznie, przyjemny wiaterek muskał nasze osmagane słońcem i wiatrem twarze, które zadowolony wyraz zawdzięczały świadomości, że nasz Ryszard przygotował i będzie zaraz serwował słynną grochówkę żeglarską o smaku ambrozji. Na widokowym pomoście przy nowych ławach zrobiliśmy „wydawkę”. Załogant „Gniewka Radosława”, Mirek wyposażony w naczynia i sztućce jednorazowe, raczył nas grochówką. Smakowała wyśmienicie, wielu skorzystało z tzw. „repety”, poczęstowaliśmy nią także przesympatycznych bosmanów. Jednogłośnie stwierdzili, że takiej grochowej jeszcze nie jedli. Syci, zadowoleni, z uwagą zlustrowaliśmy marinę i biorąc pod uwagę jej profesjonalność oraz przyjazność postanowiliśmy, jako uczestnicy rejsu zgłosić ją do konkursu „Przyjazny Brzeg”. Tym bardziej, że w perspektywie ma być uruchomiony punkt gastronomiczny i możliwość tankowania, co spowoduje, że będzie to pokazowa marina na Pętli Żuławskiej.

Noc piękna, niebo rozgwieżdżone, atmosfera pełnego zbratania i przyjaźni, to ten „narkotyk”, który chce się zażywać, co roku.

Następny dzień to etap do Gdańska. Wcześniej w czasie rekonesansu zarezerwowaliśmy sobie 14 miejsc w tej już kultowej marinie, zdając sobie sprawę, że w pełnym sezonie zdobycie tam miejsc graniczy z cudem. Pewny ustaleń zadzwoniłem do bosmana i usłyszałem, że nie ma ani jednego miejsca i w ciągu najbliższego tygodnia się nie znajdzie. Poprosiłem panią Anię, z którą miesiąc temu uzgadniałem naszą wizytę i po chwili sympatyczny głos potwierdził nasze ustalenia. Spadł mi kamień z serca, ponieważ postój w centrum Gdańska to dla naszych nowicjuszy duża atrakcja i niezapomniane przeżycie.

Po pokonaniu rozpinanego mostu pontonowego w Sobieszowie, popłynęliśmy do Narodowego Centrum Żeglarstwa w Górkach Zachodnich na kawę, a ja miałem w tym swój ukryty cel. Załogi przycumowały do wolnych miejsc i gremialnie udały się do kawiarni, a ja do bosmana. Po krótkim przedstawieniu się, ustaliłem w oparciu  o najaktualniejszą prognozę pogody, że na zatoce wieje 2 st. B, zafalowanie 1-2, a więc są sprzyjające i bezpieczne warunki pływania. Po kawie zebraliśmy się na pomoście, gdzie oznajmiłem, że do Gdańska wejdziemy od strony Zatoki Gdańskiej, opływając Port Północny, oddając honor obrońcom Westerplatte. Uprzedziłem, że należy zachować najwyższą ostrożność, przecinając i płynąc po torze wodnym obok statków wielkości 6-piętrowych gmachów. Nastąpiła chwila ciszy, a później entuzjastyczne głosy aplauzu, z zastrzeżeniem, że „ale Ty będziesz prowadził!”. Było to oczywiste, tym bardziej, że tę trasę pokonywałem kilkukrotnie i to w różnych warunkach nawigacyjnych. Ruszyliśmy gęsiego. Ja z moją ukochaną załogantką - osobistą żoną na czele. Pozostali gęsiego, w szyku już przećwiczonym, wypłynęliśmy na morze. Nasze Morze Bałtyckie, które jako pierwsi rejsowo przepłynęliśmy od Świnoujścia do Gdańska w 2003 roku flotyllą 43 jachtów, za co otrzymaliśmy wyróżnienie i nagrodę PZŻ oraz uznanie Jurka Kulińskiego –propagatora pływania jachtami śródlądowymi po naszym morzu, które nazywał „jeziorem bałtyckim”. Było to dla mnie najwyższym uznaniem i wyróżnieniem. Początkowo żegluga była spokojna, wiała „dwójeczka”, w porywach „trójeczka”.  Ale po minięciu Portu Północnego wiatr stężał, zaczęło wiać z północy, wzrastało zafalowanie do 4 st. i zaczęło się robić biało na coraz wyższych falach. Obejrzałem się i pomyślałem, że dla niektórych będzie to swoisty chrzest morski. Wiedziałem, że w oddali widać już pomnik, a więc powinniśmy bez przeszkód wpłynąć na szlak. Basia policzyła jachty, płynęło za mną 8 „łupinek”, a więc jesteśmy wszyscy, nikt się nie zgubił. Przy wejściu na szlak zbiliśmy się w i przepływając obok pomnika symbolu polskiego heroizmu oddaliśmy cześć obrońcom Westerplatte.

Na drodze wodnej zrobił się ruch, mijaliśmy potężne kontenerowce, promy, statki stojące przy nadbrzeżu – widać, że jesteśmy państwem morskim.

Do gdańskiej mariny dopłynęliśmy około godz. 15.00. Bosmanka sprawnie skierowała nas na zarezerwowane miejsca.


Uff! Byliśmy na miejscu! Po załatwieniu formalności i opłaceniu za dwie doby kejowego, ruszyliśmy do piwiarni, bo słona woda wzmogła pragnienie, a i drobny stres trzeba było „rozmoczyć”. Gdy biesiadowaliśmy w najlepsze zadzwonił telefon. Dzwonił Mariusz Pluciński i oznajmił, że za 30 minut będą u nas. Trzeba było zrobić przerwę i przywitać „Plutka” i „Niebieskiego Misia” z Adamem i Zosią Fikert. Miejsca czekały, dobili i byliśmy wreszcie w komplecie – 11 jachtów z 29 załogantami. Po południu moje córki Danusia i Agnieszka przywiozły nam załogantki – wnuczki Olgę i Maję i w ten sposób załoga „Beldy” była także w komplecie. Do końca 26.06 (piątek) witaliśmy się, biesiadowaliśmy, do późna okupowaliśmy piwny ogródek, a potem rozmowy i wspomnienia przenieśliśmy do jachtów.

W sobotę 27.06 o 10.00, prawie w komplecie przybyliśmy pod siedzibę Gdańskiego Oddziału PTTK.

Czekał tam na nas przewodnik, który zaprosił nas na „oddziałowe salony PTTK”, gdzie w imieniu nieobecnego prezesa Stasia Sikory przywitała nas jego żona – członek Zarządu Oddziału.


Były krótkie grzeczności, powitania, a na stołach moc ciastek i kawa. Oglądając pokaz multimedialny o Gdańsku i jego atrakcjach „zniszczyliśmy” słodkości, a zaproszeni przez przewodnika poszliśmy na krótką, ale ciekawą, trasę wycieczkową. Upał wydatnie skrócił nasz spacer. Zalegliśmy niedaleko Neptuna popijając złocistego kapera.

Po południu część uczestników rejsu ruszyła dalej w miasto, a pozostali wrócili do mariny, gdzie znajdujące się nieopodal olbrzymie koło młyńskie zachęcało do jego skorzystania, aby podziwiać piękny Gdańsk z góry. Widok był urzekający, warto było tam wjechać. Zajęcia w grupach przeciągnęły się do białego rana.

Sobota to indywidualne zwiedzanie Trójmiasta, spotkania z rodzinami i znajomymi, a wiec pełen relaks i towarzyski nastrój.

W niedzielę 28.06 po odprawie sterników, gdzie omówiłem przebieg trasy i zwróciłem uwagę na ewentualne zagrożenia wypłynęliśmy do Kątów Rybackich. Opóźnienia na trasie, przestoje w śluzie Przegalina i Gdańskiej Głowie spowodowały, że do Rybiny dotarliśmy pod wieczór. Zmęczeni etapem i słońcem postanowiliśmy „zalec”, tym bardziej, że na lewym brzegu rzeki Szkarpawy władze gminne korzystając ze środków unijnych pobudowały piękne nabrzeże oraz budyneczek z węzłem sanitarnym.


Parę kroków dalej dwa sklepy kusiły swym asortymentem. Odprawa sterników miała odpowiedzieć, czy jesteśmy za dalszym płynięciem zgodnie z programem Wisłą Królewiecką do Kątów Rybackich, czy wybieramy zasłużony nocleg i rankiem obieramy kurs na Elbląg. Zgodnie z zasadą demokracji „sterowanej” przyjęliśmy moją koncepcję, że ten zakątek Zalewu Wiślanego, dobrze znamy, a droga powrotna usiana jest sieciami i innymi niespodziankami, więc zdecydowaliśmy, że płyniemy do Elbląga.


Tak też uczyniliśmy i płynąc Szkarpawą „wjechaliśmy” na Nogat, aby skręcić w Kanał Jagielloński i rzeką Elbląg, do harcerskiej mariny, położonej na prawym brzegu rzeki Elblag. Stąd łatwo dojechać do centrum i pięknej, odrestaurowanej starówki. H.O.M. - czyli Harcerski Ośrodek Morski, od wielu rejsów nam dobrze znany i zazwyczaj gościnny, przyjął nas bez entuzjazmu i bez specjalnego zainteresowania. Mając skalę porównawczą, widać, że nic się tu nie zmienia, „stagnacja i bezkrólewie”. Wieczorem, zgodnie z programem i na życzenie solenizanta Pawła Czudowskiego, który od Gdańska zaokrętował się na „Gniewku Radosławie”, rozpaliliśmy ognisko w kręgu harcerskim. Na stół „przybyły” różne smaczności, a Paweł przyniósł kosz pełen napitków i doskonałej, swojskiej wędliny. Było „Sto lat”, pamiątkowe zdjęcia i śpiewy. Cudownie czuć było atmosferę zbratania i przyjaźni. Ustaliliśmy godziny otwarcia mostu zwodzonego w Elblągu, nazajutrz, punktualnie wypłynęliśmy w kierunku słynnych, będących światową osobliwością pochylni. Olbrzymie, ekologiczne i ornitologiczne wrażenie zrobiło na wszystkich jezioro Drużno, będące w całości rezerwatem przyrody. Z otwartymi ustami i szeroko otwartymi oczami chłonęliśmy piękno natury podziwiając łąki grążeli i nenufarów, wśród których uwijały się perkozy, małe kaczuszki, a gdzieś w oddali bieliły się łabędzie. Kto tego nie widział, jest biedniejszy o doznania, które gloryfikują naszą Ojczyznę, naszą Ojcowiznę i cementują patriotyzm oraz poczucie dumy, że jest się Polakiem.

Przepraszam za te duże słowa, za ten patos, ale tak właśnie odczuwam piękno naszego krajobrazu.

Do pierwszej pochylni Całuny dobiliśmy koło południa. Widać było świeżość, a tablice informacyjne podkreślają finansowy wkład Unii Europejskiej w remont tego cudu hydrotechniki. Jednak my, użytkownicy dróg wodnych, patrzymy głównie pod kątem ułatwień i przydatności do uprawiania turystyki wodnej przez kajakarzy, motorowodniaków i żeglarzy. Od pierwszego momentu odnieśliśmy wrażenie, że ten remont czy też renowacja były robione głównie dla potrzeb żeglugi elbląsko-ostródzkiej, a więc komercji, a nie indywidualnych turystów. Nie zabezpieczono godnego postoju dla jachtów oczekujących na swoją kolej. Brak jakiejkolwiek infrastruktury socjalno-bytowej. Dalby stalowe, pomalowane na czerwono, ale niezabezpieczone drewnem czy gumą, obijały nasze łodzie, a wartki nurt „spustów” wody rzucał nas na nie. Prawie wszystkie jachty „zaliczyły” spotkanie z dalbami. Może to celowe działanie, bo po pokonaniu wszystkich pochylni białe jachty nabrały barw narodowych. Najbardziej ucierpiał Mietek K. na „Siwym”. Zaliczył dziurę w burcie, całe szczęście, że powyżej linii wodnej.

Po tych niepotrzebnych przygodach dobrnęliśmy do ostatniej pochylni Buczyniec, gdzie zamierzaliśmy zrobić postój na późny obiad i przenocować. I tu kolejne rozczarowanie. Pochylnię tę pamiętaliśmy z ubiegłych lat z fajnego baru, sklepu z pamiątkami itp. A tu pustynia! Kompletnie nic! Zwiedziliśmy muzeum Kanału Elbląsko-Ostródzkiego i zadecydowaliśmy, że płyniemy do zatoczki na początku jeziora Ruda Woda. Znaliśmy to miejsce, nieopodal jest kąpielisko i punkt gastronomiczny, a 1,5 km dalej dobrze zaopatrzony sklep spożywczy oraz stacja paliw, gdzie można uzupełnić wysychające zbyt prędko baki.

Pod wieczór kolejno wpłynęliśmy do zarośniętej zatoki. Z uwagi na brak miejsc rozbiliśmy się na trzy grupki, ale w zasięgu wzroku i głosu. Po upalnym dniu kąpiel w czystej wodzie jeziora i spać. Po „przeżyciach pochylniowych” i konieczności dokonania drobnych napraw i uzupełnieniem zaopatrzenia, zarządziłem dzień bosmański. Nasze dzieci – Olga, Maja i Jasiu głównie zażywały kąpieli, wędkarze łowili ryby, sternicy robili przegląd techniczny jachtów. Jednym słowem pracowity dzień, jakże potrzebny po przepłynięciu połowy trasy.

W czwartek 3 lipca po śniadaniu, w ustalonym szyku wyruszyliśmy do Ostródy.


Miłomłyn pozostawiliśmy na powrotną trasę. Kanał elbląski odczuł tę przeszło dwuletnią przerwę w żegludze i porządnie zarósł. Do tego niski stan wody uczynił nasze pływanie trudnym, a w niektórych momentach niebezpiecznym. Co chwilę trzeba było oczyszczać śruby z zielska i innych wodorośli. Z przeszkodami, ale szczęśliwi dobiliśmy w komplecie do portu LOK w Ostródzie. Przywitał nas zaprzyjaźniony bosman Jacek. Ulokował nas w wolnych miejscach przy głównym pomoście. Po dawnej znajomości potraktował nas ulgowo i udostępnił całą bazę przystani. Załoganci rozbiegli się po okolicy szukając słynnego baru, gdzie serwowano doskonałą smażoną i wędzoną sielawę oraz pyszne lokalne piwo. Nic z tego! Zamknięte! Trzeba było iść do nieco oddalonego miasta. Zrobiliśmy także korektę naszych planów. Zrezygnowaliśmy z wycieczki na pola Grunwaldu. Większość z nas tam była, a żar lejący się z nieba i potrzeba drobnych napraw utwierdziły nas w słusznej decyzji.

W tej sytuacji w piątek od rana ruszyliśmy w drogę powrotną, robiąc sobie dłuższy postój na lunch w Miłomłynie. Tutaj dużo się zmieniło.

Gmina, korzystając ze środków unijnych, zbudowała pomost dla jachtów, a restauracja zachęcała smacznym jadłem. Uwinęliśmy się do 15.00 i ruszyliśmy do Zalewa. Zalewo znalazło się w naszym programie za usilną namową mojego przyjaciela Staszka Kasprzaka, który argumentował to brakiem miejsc postojowych w marinach Iławy i panującym tam tłoku. Wabił nas obietnicą zwolnienia z opłat portowych w nowej marinie, która uhonorowana była w 2014 r. nagrodą „Przyjaznego Brzegu”. Biorąc pod uwagę te argumenty ruszyliśmy w najdłuższą chyba trasę, albowiem trzeba było do wieczora pokonać długi odcinek kanału, wpłynąć na Jeziorak i kursem na północ pokonać przeszło 15 km jeziora, a potem przepłynąć Kanał Dobrzycki (4 km, wśród trzcin i niemiłego zapachu).

Ściemniało się, kiedy wypłynęliśmy na piękne, choć katastrofalnie zdegradowane jezioro Ewingi. Bezbłędnie nawigowaliśmy na wieżę kościoła w Zalewie. Po chwili ukazały się nam zabudowania nowoczesnej mariny. Profesjonalne pomosty, piękne zaplecze i życzliwość bosmanów przywitały nas w Zalewie.

Późnym wieczorem zjawił się Staszek K., jako pełnomocnik burmistrza Zalewa ds. wodnych i główny koordynator projektowania i budowy mariny. Do późna zwiedzaliśmy obiekty mariny i jej piękne otoczenie. Zmęczeni, ale zadowoleni daleko po północy „oddaliśmy się w objęcia Morfeusza”. Jutro ostatni dzień rejsu i uroczyste zakończenie rejsu przy ognisku. O godz. 10.00 pani Kacprzak – lokalny przewodnik – czekała na naszą grupę. Wręczyła nam kartkę z rymowanym tekstem i oznajmiła, że ten pełen tajemnic i zagadek wiersz oprowadzi nas po historycznym Zalewie i pozwoli odkryć jego uroki.

Z nieba lał się żar, a grupa w zwartym ordynku podążała za przewodniczką. Faktycznie, Zalewo - dawny ośrodek przerobu drewna, a później garbarstwa, dzięki dobrym gospodarzom miasta lśnił czystością i kwiatami. Szkoda tylko, że tak nowoczesna i funkcjonalna marina powstała nad jeziorem, w którym strach było zanurzyć stopę. Według zapewnień Staszka K. istnieje plan rewitalizacji jeziora i za 10 lat będzie się można w nim kąpać. Oby się to ziściło!


Nasze dzieciaki znalazły sposób na ochłodzenie się, polewając się wodą. Zrobiliśmy im prysznic, a lody z pobliskiego sklepu całkowicie ich udobruchały. Upał wygnał wszystkich z jachtów. Zimne piwo i cień pod grzybkiem pozwolił nam przetrwać do zachodu słońca. Tylko załoga „Gniewka Radosława” pozostała w jachcie.

Temperatura sięgała 35 st. C, a Ryszard przygotowywał obiad, tzn. wspaniałą polską fasolówkę na wędzonce. Zapach jej drażnił nasze nozdrza i wzmagał apetyt. Znaliśmy już kunszt kulinarny Rysia i wiedzieliśmy, że będzie to hit. I był!


W wyznaczonym miejscu bosmani zorganizowali ognisko żeglarskie, zabezpieczając nas w drewno. Kiełbaski i inne przysmaki wyjęli z bakist sternicy i gdy rozgwieździło się niebo, rozpoczęliśmy biesiadę. W jej trakcie zjawił się niezawodny Stasiu Kasprzak, który przywiózł materiały reklamowo-informacyjne, pamiątkowe koszulki, które rozdzieliliśmy wśród uczestników tego zakończenia. Masze dzieciaki - Maja i Jasiu, z własnej inicjatywy przygotowały mały program artystyczny. Maja zadeklamowała piękny wiersz i zaśpiewała „hymn” żeglarski „Gdzie ta keja?”. Jasiu, nasz wirtuoz skrzypiec, który już kilkakrotnie grał nam przy ogniskach, dziś zagrał jak natchniony. Dziadek Hirek i my z Basią byliśmy dumni i mieliśmy poczucie, że tych dzieciaków „zaraziliśmy” wodną tułaczką. Były przemowy, toasty, ale najważniejsza była wspaniała atmosfera podtrzymywana przez dźwięki szant i ballad, które puszczali nam bosmani. My nuciliśmy je w rytm iskierek i spadających gwiazd. Kończyła się cudowna przygoda. Wspólnie ustaliliśmy, że spotkamy się na zlocie Instruktorów Turystyki Żeglarskiej, który co roku organizuje Komisja Turystyki Żeglarskiej ZG PTTK, a ma to się odbyć w Załęczu Wlk. koło Wielunia w dniach 24-27.09.2015 r.

Mam nadzieję, że wszyscy, którym pozwoli zdrowie i czas przyjadą nad Wartę, aby spotkać się i retrospektywnie ocenić wspólnie przeżytą przygodę.

Subiektywna relacja

Komandora koordynatora rejsu

Edwarda Kozanowskiego

P.S. Dziękuję Jurkowi Szychowiakowi, który mnie wspierał i w dużej części sponsorował rejs oraz Hirkowi Torbickiemu, który był gotowy w każdej chwili udzielić bosmańskiej pomocy. Znał się na prawie wszystkim, a co najważniejsze, był uczynny i serwował zawsze celną i dobrą radę. Wdzięczny jestem także Januszowi Matuszykowi, który mimo, że już wiedział, iż nie będzie uczestniczył w rejsie, przesłał dla uczestników drobne gadżety w postaci długopisów i kalendarzy na 2016 rok oraz Rysiowi Grzegorzewskiemu, że jest z nami i znajduje w tym osobistą satysfakcję i „paliwo” do dalszego działania.

Dziękuję.

Do zobaczenia.

A-hoj!